Marcin Grzelak to dyrektor regionalny w międzynarodowej firmie spedycyjnej, który po godzinach pracy zamienia raporty i tabele na historie pełne pasji, emocji i wzruszeń. Jego książki nie pozwalają czytelnikowi pozostać obojętnym — chwytają za gardło i nie puszczają aż do ostatniej strony.
Czytając Grzelaka, czujemy się, jakbyśmy ugrzęźli w emocjach niczym w „Pułapce na anioły”, by zaraz potem posypać na duszę trochę „Cukru”, a ostatecznie pozwolić sobie na bycie „Beksą”. Co jeszcze zafunduje nam autor? Jedno jest pewne — Grzelak to nie tylko szef w pracy, ale też szef naszych emocji. Czy jego najnowsza książka, której premiera już w maju, znów zabierze nas na emocjonalny rollercoaster? Wszystko wskazuje na to, że tak — bo ten pisarz nie daje naszym uczuciom ani chwili wytchnienia.
Anna Socha (AS): Marcin, swoją pierwszą książkę wydałeś w wieku 44 lat. Dlaczego musieliśmy tyle czekać? Czy to nie za późno na spełnianie marzeń?
Marcin Grzelak (MG): Na marzenia nigdy nie jest za późno, ale masz rację — zbyt długo zajęło mi zrozumienie, że właśnie takie marzenia noszę w sobie. Zawsze kochałem słowo, wymyślałem historie, pisałem dla zabawy opowiadania, których raczej nikt nie widział. Ale jeszcze siedem, osiem lat temu nie sądziłem, że porwę się na dłuższą formę, że ktoś będzie chciał to wydać, i że nie będę mógł sobie wyobrazić życia bez pisania.
Z czasem nabrałem pokory i zrozumienia dla świata wydawniczego, który jest trudny, pełen konkurencji, przesycony premierami. Ale nic mnie już nie zniechęci — będę pisał dalej.
AS: Twoje książki są pełne autentycznych postaci i naturalnych dialogów. Skąd czerpiesz pomysły?
MG: Historie nie muszą być wymyślane — one już się wydarzyły. Wystarczy się dobrze rozejrzeć, połączyć kropki i nadać temu formę. Pomysły zaczynają się często od postaci, którą gdzieś zobaczyłem. Tak było z „Cukrem na duszę”, „Pułapką”, „Beksą”, czy opowiadaniem do szczecińskiej antologii.
Moja najnowsza powieść to wariacja na temat prawdziwej historii rodzinnej z 1943 roku. Postacie są zlepkiem realnych ludzi, ale ich losy to już moja twórcza zabawa. Uwielbiam to — kreować nowe światy, wymyślać równoległe życia i oddawać je w słowach.
AS: Twoje książki często dotykają cierpienia duszy. Czy pisanie jest dla Ciebie formą terapii?
MG: Zdecydowanie. Nie mam traumy do przepracowania, ale pisanie pozwala mi rozliczyć się z przeszłością. Moje trzy pierwsze książki to coś w rodzaju „trylogii autoterapeutycznej” — ich akcja toczy się co dekadę, tak jak moje własne życie. Jest mnie tam bardzo dużo, ale tylko ja wiem, w których momentach.
AS: Ilu z Twoich bohaterów istnieje naprawdę?
MG: Wiele postaci ma swoje źródło w rzeczywistości, ale żadna nie jest odwzorowana jeden do jednego. Biorę elementy od różnych ludzi i tworzę z nich nowego bohatera. Czasem przemycam znajomych dla zabawy, czasem przypisuję inną historię prawdziwej osobie, która coś dla mnie znaczyła. Świat jest pełen ludzi — ja tylko daję im nowe życie w moich opowieściach.
AS: Pochodzisz ze Złocieńca, ale w książkach pięknie malujesz Szczecin. Czujesz się bardziej Szczecinianinem czy Złocienianinem?
MG: Czuję się Szczecinianinem, który dorastał w Złocieńcu. Tam spędziłem pierwsze 18 lat życia i wspominam to miejsce ciepło, choć rzadko już tam wracam. Szczecin to mój dom — tutaj jest moja rodzina, praca, przyjaciele. Kocham to miasto za jego różnorodność — za możliwość zaszycia się w Puszczy Wkrzańskiej albo spędzenia wieczoru w teatrze. Lubię się tu po prostu… szwendać.
AS: Już niedługo ukaże się Twoja czwarta książka. Czy będzie podobna do poprzednich?
MG: „Martwe mleko” jest bliższe moim dwóm pierwszym powieściom. „Beksa” była trochę poszukiwaniem siebie, ale teraz wiem już, w którą stronę chcę iść. Będzie emocjonalnie, będzie humor, trochę kryminału, trochę obyczajówki. Wszystko w moim stylu — bez kompromisów.
AS: Pracujesz już nad kolejną książką? Możesz zdradzić coś więcej?
MG: Piszę, oczywiście. Ale tym razem — ani słowa. 😉 Zazwyczaj nie mogłem się powstrzymać i opowiadałem o swoich pomysłach, ale teraz zostawiam to sobie. Kusi mnie, bo temat jest fascynujący, ale… cicho sza.
AS: Którą książkę lubisz najbardziej?
MG: Tę, którą piszę teraz. Tamte już się wydarzyły, są „uwolnione” i żyją własnym życiem. Niech czytelnicy decydują, która jest lepsza. Ja skupiam się na tym, co przede mną.
AS: Czy kiedyś przestaniesz pisać?
MG: Dopiero, gdy przestanę oddychać. 😉 Pisanie to moja droga. Może kiedyś będzie to moje jedyne zajęcie — może na emeryturze. Na razie mam szczęście, że moja główna praca daje mi spełnienie i stabilność. A pisanie? To moje serce.
AS: Czy są tematy, o których nigdy nie napiszesz?
MG: Tak. Nigdy nie będę gloryfikować zła, przemocy, wynaturzenia. Nie napiszę niczego, co byłoby narzędziem do krzywdzenia, wywyższania czy ośmieszania kogokolwiek. Nie napiszę też tekstu „na zamówienie”, jeśli nie będę czuł, że ma wartość. Chcę, by moje książki czyniły świat choć odrobinę lepszym.
Zachęcamy do śledzenia Marcina Grzelaka na jego stronie na Facebooku.












