Artur D. Liskowacki – znany, uznany i popularny szczeciński pisarz (jedna z jego powieści „Eine kleine” była finalistką Nagrody Literackiej Nike) oraz dziennikarz. Specjalnie dla „Szczecinera” opowiada o swojej najnowszej książce pt. „Zimno” – wyjątkowym, osobistym i dla wielu może kontrowersyjnym spojrzeniu na Grudzień 1970 roku w stolicy Pomorza Zachodniego oraz o swojej najnowszej, niezwykłej, sztuce teatralnej pt. „Za nami, w nas. Opowieść domowa”, która od kilku miesięcy gości na deskach Teatru Polskiego w Szczecinie.
– Zacznijmy od Pana książki, czyli „Zimna”. Jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłu. Pokazać Grudzień 1970 roku w Szczecinie, tamten czas z drugiej strony, ludzi związanych z ówczesnym aparatem władzy? Czegoś takiego jeszcze nie było.
– I już raczej nie będzie… To oczywiście, mówiąc żartem trochę. Nie dlatego nie będzie, że z raz użytego pomysłu nikt już nie skorzysta – choć próbować zawsze można – ale dlatego, że coraz mniej tych, co znali i zapamiętali taką perspektywę. Bo z naszej dzisiejszej, to Grudzień ’70 tak nam się nagle spłaszczył do jednego wymiaru. Obrosły go poza tym złe i dobre mity, a w efekcie został sprowadzony do dramatu ofiar. A przecież to, co się wydarzyło, było szokiem, dramatem dla obu stron. Społeczeństwo nie było świadome, że jest już gotowe do buntu, a władza nie miała pojęcia, że coś może wybuchnąć. Już teraz, i to aż tak. Owszem, były po drodze różnego rodzaju spięcia, pęknięcia, jak np. Marzec ‘68. Ale nikt się nie spodziewał, że w takim mieście jak Szczecin, które było tworzone pod pewnego rodzaju wzorzec miasta socjalistycznego – otwartego na „nowe”, bo młodego, robotniczo-przemysłowego, zrodzi się tak wielki bunt społeczny. Nikt z ówcześnie rządzących, z tych szeroko pojętych elit władzy, czyli środowisk politycznych – partyjnych przede wszystkim – dziennikarskich, ekonomicznych, z całej tej rzeszy ludzi, którzy budowali życie w Szczecinie, kierowali jego rozwojem, ale też codziennością nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie byli na to przygotowani. I zareagowali w najgorszy z możliwych sposobów. Brutalną agresją. Ale to oni w gruncie rzeczy doznali porażki. Ich świat się zawalił. Ale spojrzenia na to z dzisiejszej perspektywy jest bardzo trudne i z tej prostej przyczyny, że zaczyna brakować świadków. Tak że to jest w zasadzie ostatnia chwila, kiedy można coś jeszcze przypomnieć. Ale ja chciałem, żeby ta książka była nie tylko książką polityczno-społeczną.
– Także rozrachunkową?
Nie aż tak. Już bardziej, żeby była innym spojrzeniem na ówczesne życie i ukazała jego złożoność z tamtej perspektywy. Wiem, że i ona nie jest idealna. Może się nawet wydać komuś nieprawdziwa, zafałszowana, ale chciałem też, żeby miała w sobie coś niejednoznacznego właśnie, coś z tej szarej magii, tajemnicy, którą było moje – nasze – tamte dzieciństwo. Dzieciństwo zawsze takie jest, mniej lub bardziej. Jak każde zresztą zetknięcie ze światem dorosłych. A tamto – zważywszy na dramatyczną chwilę – było tym bardziej niepojęte, zagadkowe. Spróbowałem więc zobaczyć tamten świat przez filtr, zasłonę dziecięcej wrażliwości, a nie z perspektywy dokumentów czy historycznych rozrachunków, obrachunków, komentarzy politycznych; tak, jak to życie wyglądało. Z bliska.
– No właśnie, ile w dialogach i postaciach jest realnych osób oraz sytuacji?
– Bywa różnie. Zacznę może od tego, że główny bohater, 12-/13-letni Alik, nie jest mną – przynajmniej w takiej relacji jeden do jednego. Jestem od niego starszy, w Grudniu ’70 byłem już licealistą. Ale jego pamięć to również moja pamięć. A dziecko świetnie zapamiętuje rzeczy dziwne, niezrozumiałe, słowa, które brzmią obco, sytuacje trudne dla niego do ogarnięcia, lecz niepokojące, fascynujące czasem. Osoby też. Zwłaszcza takie. Niektóre postaci w mojej powieści są więc dosyć realne, ale są i mniej dosłowne, będące kompilacjami kilku osób. Natomiast co do tych, które pokazałem w skali niemal jeden do jednego – takich jakimi ich widziałem, zapamiętałem – to też pokazane są nie całkiem realistycznie, raczej w tak trochę krzywym, trochę czarnym, ale przede wszystkim „zadymionym przez czas zwierciadle”. Prawdziwych nazwisk czy imion w zasadzie nie używam, ale niektóre da się wyczytać z tych, które im nadałem w książce. Brzmią podobnie, ale kojarzyć się mogą z prawdziwymi… Kto zna epokę, ten się domyśli. Na promocji książki w Domu Kultury XIII Muz jedna z osób uczestniczących w tym spotkaniu powiedziała mi potem: „Wiem, kto się kryje pod tymi nazwiskami. Zaproszę pana na kawę i pan mi wszystko powie”. (śmiech)
– Czyli to nie jest czysta fikcja.
– Nie. Nie jest to wprawdzie powieść dokumentalna, ale też nie jest to czysta fabuła. Jest tam wiele prawdziwych sytuacji, albo takich, o których wtedy usłyszałem, i takich, o których dowiedziałem się nieco później. Bywałem ich świadkiem – przypadkowym na ogół, zdarzyło mi się też podsłuchać dorosłych, właśnie w tym czasie, albo potem, kiedy coś sobie przypominali, o czymś rozmawiali. Są tu też takie sprawy, o których dowiedziałem się od nich bezpośrednio, już wiele lat po wydarzeniach, w których uczestniczyli. Między innymi od mojego ojca, Ryszarda Liskowackiego, który znalazł się wówczas w centrum wydarzeń jako redaktor naczelny i dyrektor szczecińskiej telewizji. Ale „Zimno” to nie jest, wbrew pozorom, historia mojego ojca. Cała zresztą historia mojej rodziny, która jest w tę powieść wpisana, jest tak rozbita, przemieszana, tak alternatywna, że trudno w zasadzie powiedzieć, który z tych bohaterów jest Ryszardem Liskowackim, a który ma tylko niektóre rysy jego charakteru czy podobne doświadczenia życiowe.
– To zamierzony efekt?
– Tak, to było zamierzone. Pamięta pan zresztą na pewno film „Przypadek” Kieślowskiego, który pokazywał, jak różne historie, czasem drobiazgi, czasem świadome wybory potrafią tego samego człowieka pokierować na bardzo różne drogi życiowe, i ten sam człowiek w różnych warunkach, pod wpływem takich czy innych okoliczności, a i przypadku, może się zachować zupełnie inaczej… Natomiast tak ważne w książce postaci dzieci, to w dużej mierze moje dzieciństwo. Gry i zabawy, lektury, rzeczywistość obyczajowa, ale i społeczna… Pisała do mnie niedawno znajoma ze Stanów Zjednoczonych, polska poetka, która dziś tam mieszka. Starsza ode mnie trochę, wychowała się na szczecińskim Niebuszewie, więc w sumie niedaleko od mojej ulicy Herbowej. Napisała mi, że czytając moją książkę czuła się jakby chodziła po tamtych ulicach, widziała tamtych ludzi, słuchała tamtych rozmów. Ucieszyła mnie jej opinia, bo starałem się bardzo, żeby bohaterowie tej powieści rzeczywiście mówili językiem lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, językiem tamtej inteligencji, ale i propagandy, a zwłaszcza językiem ówczesnych dzieci. Bardzo mi zależało, żeby to brzmiało prawdziwie. Bo język to część tamtej rzeczywistości.
– Nie żałuje pan, że ta książka powstała tak późno? Gdyby ukazała się np. 20, 30 lat temu narobiłaby pewnie sporo zamieszania?
– Tak, chyba by tak było. Zwłaszcza, że żyli jeszcze niektórzy z tych, o których piszę. No i w ogóle mówiło się jeszcze o książkach. Dziś żyjemy w czasach, w których o nich się właściwie nie rozmawia. Często nie wie nawet w ogóle, że taka czy inna się ukazała. Choć zarazem wszystko jest wielkim rynkiem, a książki są na nim bardzo skromnym straganem. Na którym królują rozrywkowe czytadła. A nie da się ukryć, że „Zimno” nie jest jednym z nich (śmiech). Natomiast gdyby wyszło te dwadzieścia, a choćby piętnaście lat temu, wywołałaby pewnie emocje. Tak że, owszem, żałuję, że powieść ukazała się dopiero teraz. Problem w tym, że wcześniej nie potrafiłbym jej pewnie napisać. Bo emocje, spory musiały wtedy być. Choćby polityczne. Poza tym dla części Szczecinian byłoby to doświadczenie własne i sprawy żywe.
– Rozumiem, że dla pana były i są żywe, jeśli pan o nich w końcu napisał.
– Ta powieść była mi potrzebna, jako pisarzowi, nosiłem ją w sobie od dawna, ale też mnie po prostu była potrzebna, choć bolesna. Bo to nie jest takie oczywiste opowiadanie o tych sprawach, które kiedyś były dla mnie, jako dla młodego człowieka, istotne, ale potem zostały gdzieś za mną, daleko, otorbione całym moim dalszym życiem. Trzeba było je więc wydłubać na nowo z tej starej powłoki. Żeby odżyła we mnie. Choć w otoczce z dzieciństwa stała się trochę nostalgiczna, osobista, zanurzona w sferze psychologicznej. I stała się bardziej opowieścią prywatną, choć z politycznym tłem, niż polityczną powieścią z nutką nostalgii… Zaczęła powstawać trzy, cztery lata, a w swoich zrębach jeszcze dawniej. Odkładałem pisanie, wracałem do niego, skończyłem po raz pierwszy, potem kolejny, a ostatecznie zakończyłem w roku ubiegłym. Czyli w czasach, dla których tamta historia to już na ogół zamierzchła przeszłość. Dla większości z nas, w codziennym życiu, to już są takie „wojny peloponeskie”.
– A jednak czytelnicy się odzywają.
– I to jest dla mnie bardzo ważne. Pamięć okazuje się wspólna. Ludzie z różnych miast, z różnych środowisk mówią: „tak było”. Tak to przeżywałem. Albo: widziałem to inaczej, bo żyłem inaczej, ale czułem podobnie. Echa więc są, choć na ogół skromne, bo książka – choć obecna tu i tam w „sprzedaży z półki” – rozchodzi się głównie przez internet, więc trafia do tych, którzy naprawdę chcą ją przeczytać. Ale żal, że nie ma tak zwanej debaty publicznej na jej temat. Bo uważam, że chociaż jakkolwiek nie lubię rozmawiać o swoich dziełach, to akurat w przypadku tej książki takie rozmowy czy takie echa są przeze mnie mile widziane. Nawet, gdyby miały być książce nieprzychylne. Ważna jest rozmowa. Tymczasem jest tak, że rzuciłem kamień w ciemność, nie bardzo wiedząc, czy ktoś mi go odrzuci, czy gdzieś on tam spadnie, chlupnie…
– Podczas lektury otworzyły mi się „czakry pamięci”. Przypomniałem sobie np. opisywany przez Pana cukier w kostkach w kształcie symboli karcianych…
– Sam wiele rzeczy odkrywałem – na nowo – przypominałem sobie – dopiero podczas pisania. To było jak przechodzenie przez kolejne komnaty w grze – otwierasz drzwi i nagle widzisz, że znasz to miejsce, bo pamiętasz więcej, niż ci się wydawało. Pomagały też zdjęcia, które też odgrywają swoją w powieści rolę. Na niektóre patrzyłem latami z uśmiechem, jak to na miłe wspomnienie, na inne obojętnie, bo przecież nie moje, a kiedy wróciłem do nich przy pisaniu, nagle wracały do mnie szczegóły, zapachy, dźwięki, prawie przenosiłem się w tamten czas. Ze zdjęciami jest zresztą tak, że niektóre mówią o nas więcej niż niejedna książka. Pokazują, jacy byliśmy naprawdę: kobiety w chustkach, mężczyźni w ortalionach, szarość ulic, ale też pewien porządek życia, jakiś świat, na który patrzymy dziś jako wrogi, a był „swój”, oswojony, zrozumiały, a zniknął, zapadł się pod wodę.
Pisząc o nim, sięgałem też po realia, których nie mogłem dotknąć pamięcią, bo to szczegóły codzienności, na przykład dokładne godziny programów telewizyjnych, radiowych. Na całe szczęście są też archiwa. Bo istniały jeszcze wówczas gazety. Wtedy jeszcze istniały, i to tak, że stanowią prawdziwy skarbiec pamięci. Piszący o dzisiejszych czasach będą mieli trudniej. Gazety zanikają, a internet to pamięć złudna...
– Czy wróci pan jeszcze do tamtych czasów?
– W książkach? Nie sądzę. To był gwóźdź, może nie do trumny – no, nie dla mnie (śmiech) mam nadzieję, a dla tamtej epoki – raczej klucz do drzwi, które się uchyliły na chwilę. Wystarczającą jednak, żebym się w niej zobaczył. Więc o tamtym czasie, wystarczy. Choć marzy mi się książka o moim ojcu. Paradokumentalna, paraliteracka. Jego los to podręcznik biografii polskiego inteligenta XX wieku: dziecko wojny, potem taki selfmade man, kariery, pomyłki, upadki, bunty, koszty tego wszystkiego, walki z samym sobą, z rzeczywistością… Mam jego dziennik pisany przez kilkanaście lat. Myślę, że to materiał na ważną książkę. Nie tylko dla Szczecina.
– Przejdźmy może do Pana sztuki „Za nami, w nas”. To nie zdarza się zbyt często w stolicy Pomorza Zachodniego – szczeciński pisarz napisał sztukę o Szczecinie, która została wystawiona w szczecińskim Teatrze Polskim. Minęło już trochę czasu od premiery. Jest Pan z niej zadowolony?
– I tak, i nie. Najważniejsze, że spełniła się pewna wizja, o której myślałem – pisząc – przez ostatnie trzy lata. A pisałem ten tekst na zamówienie dyrektora teatru Adama Opatowicza. I towarzyszyło mi w pisaniu takie nasze wspólne założenie: „niech Pan pisze, jak chce – mówił pan Adam – niech to będzie nawet – śmiał się – teatr ogromny, dziś mamy do tego dobre warunki, scenę na miarę, wszystko się zmieści”. No i tak pisałem. Ale w trakcie tego pisania widziałem już, że robię rzeczy bardzo trudne, może za trudne do pokazania w teatrze. I niespecjalnie mnie dziwiło, że tyle czasu zajęło przygotowywanie realizacji spektaklu. I że nie wszystko się w końcu na scenie zmieściło. A było tego trochę…
– To znaczy, że było i rozczarowanie?
– Rozczarowanie to złe słowo. Może raczej – przez chwilę – niedosyt. Ja zresztą zawsze jestem – no, dobrze, niech będzie – jakoś tam „rozczarowany”, kiedy moja robota literacka znajduje finał: w postaci książki, czasem przedstawienia teatralnego, słuchowiska… Wyobrażenia zawsze wykraczają poza rzeczywistość. Spełnienie rzadko cieszy. A tu, przyznaję z pokorą, mierzyłem siły na zamiary. I pewnie przedobrzyłem. Bo teatr nie był chyba tego w stanie udźwignąć. Poza tym, co napisałem było pewnie zbyt literackie. A że umówiłem się z reżyserem, że on w ogóle nie chce ode mnie żadnych uwag – dostaje tekst i zrobi z nim to, co uważa za stosowne, nie powinienem mieć też uwag po czasie. I pewnie dobrze się stało, że się nie wtrącałem w realizację, nie znałem jej szczegółów, nie widziałem prób. Tekst był dla teatru, nie dla mnie. Po premierze obejrzałem zresztą „Za nami, w nas. Opowieść domowa” po raz drugi, i byłem zadowolony, że wiele, mimo wszystko, się udało. Również to, czego chcieliśmy z reżyserem wspólnie, i to właśnie zostało w przedstawieniu – a chcieliśmy, żeby spektakl miał swój klimat, własną aurę, formę takiej uniwersalnej, nostalgicznej opowieści o tożsamości, która zawsze jest w jakiś sposób lokalna, ale też by było prawdziwie szczecińskie. I bliskie widzowi, który będzie w nim mógł – jak to w „Opowieści domowej” (bo taki jest podtytuł) – rozpoznać swoje miasto i siebie. Chcieliśmy też obaj z reżyserem, by spektakl był atrakcyjny scenicznie, widowiskowy, pokazany „szeroko”, nie tylko gadany, ale i śpiewany… Krótko mówiąc, żeby korzystał z tego wszystkiego, czym dziś Teatr Polski dysponuje, a przede wszystkim z tego, co jest jego dobrą, rozpoznawalną cechą, a lubiany jest przez widzów właśnie za to, że jest pełen muzyki, ruchu, prawdziwie teatralnych klimatów… Oczywiście, nie wszystkim taki teatr odpowiada, nie wszyscy na taki chodzą. No i, niestety, taka forma gubi czasem jakieś tam autorskie oczekiwania. Mnie na przykład brakuje w tym przedstawieniu jednego z mocno w moim tekście obecnych wątków – pionierskości Szczecina. Ale nie tej cukierkowatej, lukrowanej, w stylu „akademii na cześć”, a tej skomplikowanej, powikłanej, na którą złożyła się też wymieszana tożsamość mieszkańców, pierwszych osadników, ich trudnych doświadczeń lwowsko-poznańsko-warszawskich…
– Z czegoś reżyser musiał zrezygnować.
– Na pewno. Choć nie do końca, na szczęście zrezygnował. Wyakcentował zresztą co innego. Też gorzkiego. Może z pożytkiem dla całości. Początkowo miałem wprawdzie wrażenie, że inscenizacja jest zbyt statyczna. Ale taka była reżyserska koncepcja i jako taka musi się dziś bronić. A mam wrażenie, że broni się udanie. Wiem, że są tacy, co dziękowali po spektaklu za przeżyte wzruszenia, za refleksje – wcześniej nie zawsze oczywiste… Ja obiektywny w ocenie być nie mogę, ale i nie próbuję. Mój odbiór premiery był zresztą zakłócony. Z mojej własnej winy. Bo nie chciałem się – jako obecny na spektaklu autor – rzucać w oczy, więc próbowałem się jakoś schować, ale wyszło na to, że siedziałem w wysokiej loży i wszyscy mnie tam widzieli. No i musiałem sprawiać wrażenie jakiegoś ubercenzora. (śmiech) Na szczęście drugi raz zobaczyłem już przedstawienie jako zwykły widz, siedząc między innymi widzami. I przyznam, że miałem z tego sporo satysfakcji. Tyle że do końcowych oklasków – bardzo serdecznych zresztą – nie wstałem (śmiech).
– Ja z kolei odnosiłem wrażenie, że niektórzy widzowie momentami byli zagubieni.
– Tak, niektóre postaci są trudne do rozpoznania bez kontekstu. Niektóre nazwiska i postaci to takie cymelia dla smakoszy historii, dla takich prawdziwych Stettinerów. Brakowało mi w programie teatralnym jakiegoś krótkiego „przewodnika” po scenicznych bohaterach. To by na pewno pomogło. Ale wiem, że taki program jest podobno przygotowywany.
– Spektakl wraca jesienią.
– Z nowym repertuarem antraktu. Wystawy, filmy, muzyka – wszystko, co widzowie sobie tak chwalili przy pierwszych, wiosennych przedstawieniach, ma być w teraz odświeżone, wzbogacone. Czyli jakby ktoś chciał jeszcze raz zobaczyć „Za nami, w nas. Opowieść domowa”, to – choć szczegółów nie znam – wierzę, że się nie zawiedzie. Taka „kanapka” teatralna – z antraktem między dwiema odsłonami na scenie – długą przerwą stanowiącą dopełnienie całości, to swoją drogą widowisko dla Szczecina nowe. Toteż jakkolwiek bym je oceniał, wiem, że i z tego powodu jest ważne dla szczecińskiego teatru, a mam nadzieję, że i dla widza.
– Dziękuję za rozmowę.