Home Rozmowy Od Teatru Polskiego do „Szczecinian” – ceniona aktorka odkrywa folklor na nowo
Rozmowy

Od Teatru Polskiego do „Szczecinian” – ceniona aktorka odkrywa folklor na nowo

235
joanna pasternak

Joanna Pasternak, aktorka szczecińskiego Teatru Polskiego, znana też z pracy w dubbingu i autorskiego alter ego Joan Bonjour, od niedawna wchodzi w zupełnie nowy dla siebie świat – dołącza do Zespołu Pieśni i Tańca „Szczecinianie”. Rozmawiamy z nią o tym, jak aktorski warsztat spotyka się z ludową tradycją, gdzie kończy się granica między tańcem a teatrem, oraz o tym, czego można się nauczyć, wychodząc ze swojej artystycznej strefy komfortu.

 

Jak doszło do tego, że aktorka teatralna i dubbingowa postanowiła związać się z Zespołem Pieśni i Tańca „Szczecinianie” – skąd pomysł na tę współpracę?

– Mieszkam w Szczecinie od trzech lat. Zaraz po przeprowadzce wpadłam w intensywny wir pracy teatralnej i zawodowej, przez co nie miałam czasu, żeby naprawdę zakorzenić się w tym mieście i poznać ludzi poza swoją stałą bańką. Od dłuższego czasu czułam potrzebę zasilenia się nową energią – czymś żywym i wspólnotowym, co ma podobny ładunek emocjonalny jak teatr, ale czerpie z innego źródła. Pewnego wieczoru poznałam Ewę i Krzysztofa, założycieli Zespołu Pieśni i Tańca „Szczecinianie”. Okazało się, że oni szukają kogoś ze świeżym spojrzeniem do poszerzenia kadry i pracy nad ekspresją sceniczną, a ja szukam właśnie tej żywiołowości, którą oni mają w sobie. To spotkanie przyszło więc w bardzo dobrym momencie.

Na czym dokładnie będzie polegać Twoja rola w „Szczecinianach” – śpiew, aktorstwo sceniczne, a może reżyseria ruchu czy prowadzenie?

– Moja obecność w zespole jest wielowymiarowa. Z jednej strony wnoszę warsztat aktorski – pracuję z zespołem nad dykcją, interpretacją tekstu w pieśniach, świadomością ciała oraz przekazywaniem emocji ze sceny do widza.

Folklor to przecież nie tylko kroki i nuty, ale również ogromna opowieść i dramaturgia. Z drugiej strony nie chcę chować się wyłącznie w roli pedagoga czy osoby pracującej z zespołem od strony scenicznej. Pojawiam się również na scenie, prowadzę wydarzenia, a w odpowiednich momentach wspieram zespół wokalnie i aktorsko.

Czy ten folklor i muzyka ludowa zawsze były Ci bliskie, czy to zupełnie nowy rozdział w karierze?

– To z pewnością nowy, bardzo odświeżający rozdział. Choć tradycja i rytm naturalnie rezonują z każdym, kto pracuje głosem i ciałem, ja dopiero odkrywam folklor na nowo.

Nie jako zakurzony skansen, ale jako potężną, organiczną siłę. Muzyka ludowa ma w sobie niezwykłą szczerość i puls. Uczę się tego świata z dużą pokorą i fascynacją.

Zgodzisz się z tym, że między aktorstwem a tańcem granica jest bardzo cienka?

– Oczywiście. Powiedziałabym nawet, że w wielu miejscach ta granica zupełnie znika. Zarówno aktorstwo, jak i taniec operują tym samym fundamentem: intencją, emocją i opowiadaniem historii.

Ruch w tańcu jest po prostu inną formą tekstu – bardziej precyzyjnym, metaforycznym językiem. Kiedy aktor wchodzi na scenę, każdy jego krok czy zastygnięcie coś komunikuje. Z kolei tancerz bez prawdy aktorskiej może stać się jedynie odtwórcą technicznego układu.

Jak duże wyzwanie stanowi przejście z języka teatru dramatycznego na estetykę zespołu pieśni i tańca?

– To dwa bardzo różne światy, choć oba operują tą samą walutą: prawdą i emocjami. W teatrze dramatycznym pracuje się przede wszystkim słowem, psychologią postaci i pauzą. Siła często tkwi w detalu, milczeniu i kameralnej relacji z partnerem na scenie. W zespole pieśni i tańca słowo ustępuje miejsca fizyczności, rytmowi, energii ruchu i sile ludowego śpiewu. Zamiast indywidualnej interpretacji stajesz się częścią precyzyjnego, żywego organizmu. I właśnie ten „organizm” jest dla mnie w „Szczecinianach” czymś niezwykłym. To nie jest tylko grupa ludzi, którzy spotykają się, żeby ćwiczyć układy choreograficzne. To ludzie z ogromną pasją, energią i miłością do tego, co robią. Mam poczucie, że tworzą jedną wielką rodzinę – i ta atmosfera jest bardzo wyczuwalna również ze sceny. Jest w nich ogromna wzajemna troska, ale też dyscyplina i profesjonalizm. To połączenie bardzo mnie urzeka. „Szczecinianie” są również zespołem o ogromnym doświadczeniu i imponującej skali działalności. Są honorowym ambasadorem Szczecina, reprezentując miasto w kraju i za granicą. Współpracują z uznanymi artystami i zespołami, między innymi z „Mazowszem”, „Śląskiem”, L.U.C. i Babel Orchestra. Podróżują po świecie i pokazują polski folklor na dużych, międzynarodowych scenach.

To dla mnie bardzo ważne, bo dzięki temu kultura ludowa przestaje być czymś odległym czy muzealnym. Okazuje się żywą sztuką, która może spotykać się ze współczesną muzyką, teatrem i nowymi formami ekspresji, a jednocześnie zachowywać swoją tożsamość.

Dlatego wejście w ten świat jest dla mnie takim wyjściem ze strefy komfortu. Przychodzę z teatru, z własnym warsztatem i doświadczeniem, ale jednocześnie mam ogromną świadomość, że wchodzę do środowiska ludzi, którzy od lat są ekspertami w swojej dziedzinie. Mogę się od nich bardzo dużo nauczyć. I chyba właśnie ta wymiana jest w tej współpracy najpiękniejsza – ja mogę dać im coś ze swojego aktorskiego świata, a oni otwierają przede mną świat, którego wcześniej nie znałam od środka.

Odchodząc już od tańca… Skąd u Ciebie zamiłowanie do dubbingu – co jest trudniejsze: zagrać rolę ciałem na scenie czy samym głosem przed mikrofonem?

– Dubbing zachwyca mnie swoją nieograniczoną kreacyjnością. Przed mikrofonem mogę być małym chłopcem, potworem, staruszką albo kreskówkowym zwierzęciem. Nie ogranicza mnie mój wygląd ani wiek.

Trudno jednak porównać te dwie dziedziny, bo są skrajnie różne. Na scenie pracujesz całym ciałem, przestrzenią, reakcją partnera na żywo i energią widowni. Masz czas na budowanie roli.

Przed mikrofonem masz czasem ułamek sekundy, żeby trafić w ruch ust postaci, precyzyjnie odtworzyć intonację i jednocześnie tchnąć pełne życie w bohatera, mając do dyspozycji właściwie tylko głos i oddech.

Jak powstało Twoje artystyczne alter ego Joan Bonjour i co daje Ci wolność, jakiej nie ma w rolach teatralnych?

– Joan Bonjour powstała właściwie jako żart, który szybko okazał się strzałem w dziesiątkę i świetnym sposobem na pokazanie innej strony siebie. Przełomem była moja wersja hitu Sławomira „Miłość w Zakopanem”, czyli „L’amour à Zakopane”. Ta wersja zdobyła ponad 460 tysięcy wyświetleń na YouTube. Wtedy zrozumiałam, że w sztuce naprawdę nie ma wielu ograniczeń – jeśli tylko pozwolimy sobie na zabawę.

Joan dała mi przestrzeń na spontaniczność i zabawę formą. W teatrze jestem wpisana w konkretny scenariusz i wizję reżysera. Ta postać jest natomiast w dużej mierze moja i daje mi wolność łączenia teatru, muzyki i emocji na własnych zasadach.

Która rola zagrana dotąd w szczecińskim Teatrze Polskim była dla Ciebie najbardziej wymagająca emocjonalnie i dlaczego?

– Trudno mi wskazać jedną rolę, ponieważ każda z nich była dla mnie ważnym doświadczeniem i za każdym razem odkrywałam w sobie coś nowego.

Myślę jednak, że właśnie to jest w aktorstwie najbardziej fascynujące – kolejne postaci otwierają w nas emocje, wrażliwość i obszary, do których prywatnie nie zawsze mamy dostęp. Każda rola zostawia więc we mnie jakiś ślad.

Dubbing, teatr, taniec… jest jeszcze miejsce dla pełnometrażowego filmu?

– Miejsce jest zawsze – kwestia wygospodarowania czasu i znalezienia odpowiedniego projektu. Kamera wymaga zupełnie innej powściągliwości i prawdy niż scena teatralna, a właśnie to bardzo mnie ciekawi. Po latach budowania warsztatu scenicznego i głosowego spotkanie z pełnometrażowym planem filmowym byłoby dla mnie nowym, ekscytującym doświadczeniem.

Gdybyś miała doradzić młodej osobie, która dopiero kończy szkołę wokalno-aktorską, co by jej pani powiedziała o rozwoju w pierwszych latach w zawodzie?

– Powiedziałabym jej trzy rzeczy. Po pierwsze: ten zawód w dużej mierze składa się z usłyszanego „nie” i bardzo rzadko jest to osobiste. Nie definiuj swojej wartości przez odrzucone castingi.

Po drugie: nie czekaj biernie przy telefonie, aż ktoś da Ci rolę. Twórz własne projekty, buduj relacje, szukaj różnych przestrzeni – zespołów, performance’u, dubbingu czy innych form pracy artystycznej.

I po trzecie: dbaj o siebie, o swoją higienę psychiczną i życie poza teatrem. Im ciekawszym i bardziej spełnionym człowiekiem jesteś prywatnie, tym więcej możesz wnieść do swojej pracy i tym bardziej wiarygodnym aktorem stajesz się na scenie.

Powiązane artykuły

stop biogazowni - kamieniec
Rozmowy

BIOGAZOWNIA W KAMIEŃCU. Mieszkańcy rozkładają na czynniki pierwsze wniosek inwestora: „Co innego mówi, co innego składa do urzędu”

Ujęcie wody 800  metrów od instalacji przetwarzającej tysiące ton odpadów. Lokale socjalne...

dostępność warunkiem dobrze zaprojektowanego miasta? a. werner: "tak chciałabym, żebyśmy myśleli o szczecinie"
Rozmowy

Dostępność warunkiem dobrze zaprojektowanego miasta? A. Werner: „Tak chciałabym, żebyśmy myśleli o Szczecinie”

Czy Szczecin jest miastem, z którego mogą wygodnie korzystać wszyscy – niezależnie...

planowana-biogazownia-mapa
Rozmowy

„Nie jest tak, że wszyscy dowiedzieli się o biogazowni dopiero teraz”. Inwestor odpowiada na zarzuty mieszkańców

Budowa biogazowni rolniczej w Kamieńcu od kilku tygodni wywołuje coraz większe emocje....

maciej majcherek
Rozmowy

„Ofensywa gotowa, defensywa w budowie” – Maciej Majcherek przed nowym sezonem

Przed nami nowy sezon, a wraz z nim czas pierwszych podsumowań letnich...