Home Felietony  Magia wyświechtana
Felietony 

Magia wyświechtana

411

Święta Bożego Narodzenia to taki czas, który prawie każdego dotknie. Przyjemnie lub mniej, albo całkiem z kopa. Znam takich co kochają święta i już się doczekać nie mogą, znam też niejednego Grincha. Sama należę do osób, którym świątecznie lekko odbija i jadę po bandzie dzwoniąc dzwoneczkami. Ho! Ho! Ho!  Dlatego tak niemiłosiernie mnie irytuje fakt, że rynek handlowy rozpoczyna święta w listopadzie – i to na początku. Cała magia przez te prawie dwa miesiące zupełnie się zdąży wyświechtać, bo ileż można trwać w radosnym oczekiwaniu. Święta to święta. Jak narzeczeństwo – nie może trwać za długo.

Jak tylko z wystaw znikną dynie i pajęczyny, a z dyskontów palety zniczy, wjeżdżają dekoracje i asortyment bożonarodzeniowy hurtem.  W nocy z pierwszego na drugiego listopada następuje wielka zmiana dekoracji: czerń i pomarańczowy lecą na zaplecza, ew. na regalik z przecenami, a wybucha czerwień i złoto oraz śnieżna biel  brody zażywnego dziadzi – świętego  Mikołaja. Dzięki  jednemu takiemu napojowi, który ma w sobie całą cukierniczkę słodyczy,  nasz popularny święty odziany jest w intensywnie czerwony komplecik i nosi siwą brodę na mocno rumianym obliczu. Pewnie mu ostro ciśnienie wali po takich ilościach cukru.

Słodycz świąt jest zresztą niezaprzeczalna. W kraju, gdzie ciągle jeszcze pamięta się dotkliwe deficyty czekolady i mandarynek, następuje teraz wielkie odbijanie sobie słodkości.  Dziś dostaniesz jakie tylko chcesz łakocie. Droższe nieco niż w październiku, bo  w opakowaniach świątecznych. To samo, ale z dopłatą za magię – bo magia kosztuje.  Pudła, woreczki i puszki  z zażywnym jegomościem na M, albo zimowo kojarzącymi się zwierzątkami jak misie, reniferki, pingwinki. Ale nie tylko. Są też  kotki, pieski, ropuszki – cokolwiek, byle w czapeczkach mikołajkowych. Ja rozumiem, że to się musi sprzedać wszystko, skoro tyle tego  wyprodukowano i napakowano do sklepów. Jest szansa, że większość zejdzie, bo co jak co, ale w święta musi być wszystkiego po kokardę w tym kraju.

Może to nawet lepiej kupić zawczasu kilka rzeczy, żeby potem w grudniu nie biegać jak opętaniec w poszukiwaniu rumowego marcepana do keksa, światełek choinkowych na czterysta punktów w odcieniu ciepłym, czy jeszcze czegoś dla cioci Jadzi i wuja Mariana, bo tak się złożyło, że będą na Wigilii. Może. Tak tylko obserwuję od lat, że mimo listopadowego wypełnienia sklepów świątecznym asortymentem i tak na dzień przed Wigilią we wszystkich sklepach jest amok, szał, piekło i potępieńcy. Kupujemy co popadnie, żeby tylko zapakować na prezent i mieć z głowy. Nie do końca potrzebne rzeczy, nie do końca trafione życzenia.

Czy inflacja wyhamuje trochę nasze polskie rozpasane święta? A skąd. Czasami na tę całą magię bierze człowiek pożyczkę, bo a) jak to – święta na skromnie, b) nie odłożyłem, c) z pensji mnie i tak na to wszystko nie stać.  Kwestia siana i to nie tego, które zapominamy włożyć pod biały obrus.

Trzeba kupić prezenty i napchać lodówkę ilością niemożliwą na te dwa wyjątkowe dni. Żeby potem przez jeden wieczór i następne dwa dni jeść do oporu: najpierw z entuzjazmem, a potem już bez sił, żeby na sam koniec wciskać, bo się  zmarnuje. Święta kończą się naprawdę, kiedy sałatka jarzynowa podejdzie wodą.

Prezent pod choinkę to również rzecz święta i nie może być zwyczajny. Zwyczajne rzeczy mamy już na co dzień, a nasze dzieciaki brną przez zawalony zabawkami pokój.

Problem z gwiazdkowymi  prezentami jest taki, że poprzeczka podskoczyła i marzenia podrożały. A na to nas nie stać.

Cała ta gadanina dotyczy, oczywiście, tych którzy mogą mieć tak rozkoszne dylematy: czy zmienić w tym roku kolorystykę choinki i czy lepiej  małej kupić Barbie czy Lego. Tych, których stać  na takie wydatki dla wyjątkowej oprawy dwóch dni.

Zmęczeni i z poczuciem wyczyszczonej kieszeni witamy pierwszą gwiazdkę. O awanturę nietrudno, a magię – bardzo.

Szaleję w święta z dekoracjami, planuję prezenty wcześniej, wprowadzam terror wspólnego gniecenia pierniczków, wycinania dekoracji i lepienia uszek. Ba, ja nawet wciskam rodzinę w sweterki z bałwanami czy innym reniferem, każąc  im w tym przez dwa dni paradować. U mnie litości nie ma, ma być magia. Mamroczą, ale wiem, że będą  pamiętali święta w naszym domu. Radość takich rzeczy bardzo szybko się udziela i nawet oporne Grincze lukrują pierniki z wysuniętym językiem. Trzeba tylko dać chwilę za zarażenie się.

Nie podaruję więc wspólnego ubierania choinki nawet mrocznym nastolatkom, namiętnie puszczam świąteczne hity, kupuję zimne ognie, którym przypalamy tekstylia i nie panuję nad obwieszaniem domu wraz z posesją światełkami. W tym temacie tkwi we mnie prawdziwy i szczery Clarck Griswold.

Robię to w grudniu przed świętami. Zostawiam wyjątkowość na  kilka dni w roku. Inaczej by nią nie była! Kocham czekanie na święta, przygotowania i dwa wyjątkowe dni. Oraz wieczór i noc przed nimi.

Najbardziej jednak kocham radość, którą całe te wszystkie pomysłowe zabiegi niosą.

I wiecie co? Już się zaczynam cieszyć na nadchodące święta. Czyżby te przedwczesne listopadowe wystawy jednak podziałały?!

 

Powiązane artykuły

flecista, metal czy disco polo?
Felietony 

Flecista, metal czy disco polo?

Niewykluczone, że w stolicy Pomorza Zachodniego zorganizowany zostanie niedługo kolejny głośny konkurs...

monika lesner
Felietony 

„Dla mnie i tak jesteś najlepszy, ale…”, czyli od presji do depresji

„Bo stać go na więcej”, „Gdybym nie wiedziała, że ma taki potencjał,...

skok stulecia, czyli historia smakowitej zbrodni
Felietony 

Skok stulecia, czyli historia smakowitej zbrodni

Kilka dni temu doszło do prawdziwego „skoku stulecia” na Pomorzu Zachodnim. Będą...

włamała się do domu po… słoik fasolki. część zjadła na miejscu
Felietony 

Włamała się do domu po… słoik fasolki. Część zjadła na miejscu

Są przestępstwa, które przechodzą do historii kryminalistyki. Są też takie, które trafiają...