To nie jest tak, że nie mam o czym pisać. Wręcz przeciwnie. Wstaję rano, popatrzę na to co bohaterowie mojej własnej domowej telenoweli tasiemcowej wyrabiają i już mam scenkę.
Wychodzę z domu i zanim dojadę piątym objazdem do szóstego objazdu, podczas stania w zadumie (i w korku) nad nowym wykopem, nad lejem lub wyrwą po ulicy tej czy tamtej – już mam kolejną scenkę.
W pracy to już wiadomo. Nie trzeba w cyrku ani zoo pracować, żeby oglądać całą menażerię z jej historiami. Co człowiek to zdarzenie lub przemyślenie.
A jeszcze mamy internet! Jakież by tam, na przykład, Agatha Christie miałaby używanie. Tworzyłaby historię za historią, zbrodnię za zbrodnią, intrygę za intrygą. Science-fiction, romanse, trillery – co się tylko chce. Internet dostarcza watków jak na tacy.
Tak więc, przyjmijmy, że też bym mogła, skoro odległy stąd o kilometry na południe Giuseppe w siebie wierzy. Z racji wieku nie jest najlepszy w internety, ale sam jest chodzącą życiową Wikipedią. Niejedno widział, na przykład dwie wojny światowe: drugą i zimną oraz tę Kardaszianek z Hiltonównami o popularność celebrycką.
A właśnie: ostatnio w „Przekroju” przeczytałam, że 14 czerwca tego roku nastąpił koniec kanadyjsko-duńskiej wojny o wyspę Hans. Koniec „Wojny whisky”, czyli najpiękniejszej wojny świata.
Od 1971 r. trwał spór, który polegał na tym, że ekspedycje obu krajów usuwały sobie nawzajem z wyspy Hans flagi. Wywalając flagę przeciwnika wbijało się swoją oraz zostawiało butelkę naprawdę dobrego trunku. Przeciwnik przychodził, wywalał zastaną flagę, zabierał flaszkę, wbijał nową flagę i podkładał nową flaszkę. I tak przez 51 lat.
Właśnie w czerwcu tego roku uzgodniono plan podziału wyspy. Szkoda, to był cudowny przykład, jak można w cywilizowany sposób prowadzić wojny.
I że mocne wino oraz dobra whisky to pozytywy tego świata.












