„Nie bój się, dasz radę. Zaufaj sobie.” – te słowa usłyszałaby dziś od siebie dwudziestoletnia bohaterka rozmowy, Anna Ołów-Wachowicz. Bo dojrzałość to nie tylko zmarszczki i mądrość, ale też zmęczenie czerwonymi szminkami, oczekiwaniami i byciem „sexy na pełen etat”. O kobiecości bez lukru, sile słabości, teatralnych „Hrabinach” i tym, dlaczego warto codziennie powiedzieć sobie „Cześć moja kochana” – opowiada autorka książki „Hrabiny przodem”, której premiera już 15 czerwca w Galerii OFF M.
„Jestem zmęczona byciem sexy” – wiele z nas mogłoby się pod tym podpisać. Co dla Ciebie znaczy dziś kobiecość? Masz wrażenie, że współczesne kobiety są coraz bardziej świadome siebie – czy coraz bardziej zmęczone oczekiwaniami?
Coraz mocniej dociera do mnie świadomość, że robimy mnóstwo rzeczy wcale nie dla siebie. Ciąży na nas, kobietach, presja: dobrej prezencji, wiecznej młodości, perfekcji w pracy i w domu – nadal w tej kolejności. Presja czerwonej szminki i biustu ignorującego grawitację. Czy to bycie bez skaz jest dobre dla nas, czy też ma być miłe dla oka otoczeniu?
W Twoich tekstach jest miejsce na słabość, porażkę, nieogarnięcie. Dlaczego warto o tym mówić głośno, bez wstydu?
Nauczono nas, że porażka to wstyd, zawód, rozczarowanie, które przynosimy najpierw mamusi i tatusiowi. Nawet to lekkie odczuwamy i zapamiętujemy. Czyjeś niezadowolenie zostaje w nas na długo i każe stawać do nieustannego wyścigu o doskonałość. A potem nas męczy. Okazuje się, że w życiu porażki są zwykłą sprawą, świat się nie zawali, można się otrzepać i iść dalej. Zwrócić, skręcić. Do słabości mamy pełne prawo, a nieogarnięcie trzeba polubić, bo czasami daje nam ostrzegawczego kopa, że czegoś sobie za dużo bierzemy na garb. Miejsce na „słabość” pojawia się wtedy, kiedy wreszcie siebie polubimy. Ja nie jestem pewna, czy to w ogóle jest słabość, czy po prostu ot, jedna z cech jakie akurat masz. Słabością jest może w naszym oczekującym perfekcji świecie.
„Hrabiny przodem” powracają. Nowa książka już wkrótce w sprzedaży!
Doświadczenia każda z nas ma inne, uwarunkowane wybraną drogą zawodową czy zwyczajnie – szczęściem do osób, które nas otaczają. Czy my, kobiety, potrafimy już siebie wspierać – czy wciąż za często się porównujemy i oceniamy?
Mam szczęście do kobiet, tak myślę. Jestem blisko z mamą i córką, z kobietami w rodzinie. Mam genialne przyjaciółki. Grupa, z którą utrzymuję bliskie i bardzo bliskie kontakty bardzo mocno mnie wspiera i akceptuje. Nie roztrząsam tego, nie szukam drugiego dna, jestem wdzięczna i odwzajemniam. Odsłaniamy się przy sobie i rozumiemy. Bardzo lubię pracować z kobietami, to mój gatunek. Kiedy przestajemy ze sobą konkurować, zaczynamy rozumieć, że jesteśmy absolutnie różne i zupełnie podobne – i ten paradoks tłumaczy naszą zdolność rozumienia siebie nawzajem.
Gdybyś miała powiedzieć coś młodszej sobie – 20-letniej – co by to było?
„Nie bój się, dasz radę. Zaufaj samej sobie, poradzisz sobie bardzo dobrze.”
Gdybym stanęła przed samą sobą, jako postać z przyszłości, powiedziałabym dokładnie te dwa zdania.
Twoje słowa wypowiada na głos Olga Adamska – mocnym, scenicznym głosem. Czy teatr dodał „Hrabinom” innego wymiaru? Co scena robi z tekstem, czego książka nie może?
Tak, zdecydowanie z kartki 2D powstał pełen wymiar 3D. Głos, mimika, przymrużenie oka, gesty, interpretacja, wzruszenia – cały bezmiar komunikatów niewerbalnych. To jest świetne, zobaczyć jak tekst nabiera życia i interakcji.
Najpierw pierwsza, a teraz druga odsłona. Czy „Hrabiny” to trochę taki klub – wspólnota kobiet, które się śmieją, płaczą i wspierają razem?
Zdecydowanie! Panie nawet mówią o sobie: my, hrabiny. Wychodząc ze spektaklu chichoczą i obiecują: przyprowadzę siostrę, musi zobaczyć, że też jest hrabiną.
Jak Ty dziś o siebie dbasz – tak naprawdę, bez ściemy?
Badam się, stosuję profilaktykę, nie lekceważę takich spraw. Dbam o ciało, które pozwala mi cieszyć się życiem. Praktykuję dobrostan. Znajduję czas na swoje pasje i na cieszenie się najmniejszymi sukcesami. Dbam o to, żeby mieć swój azyl.
Z rezerwą podchodzę zabiegów medycyny estetycznej, ale ich nie wykluczam. Może zatęsknię za gładkością skóry, albo powieka mi opadnie i zacznie przeszkadzać. A może stwierdzę, że tak też jest dobrze.
Powinnam więcej się ruszać i dbać o dietę, bo metryka i morfologia mają swoje wymagania.
Masz swój rytuał: coś, co Cię stawia na nogi, jak dzień się wali?
Z całą pewnością muzyka. W największym kotle jestem w stanie włączyć coś ulubionego, napić się wody i zamknąć oczy na pół minuty, odcinając myślenie. Zwykle to wystarcza.
15 czerwca w Galerii OFF M odbędzie się premiera książki “Hrabiny przodem”. Czego Ci życzyć na premierę? A czego – po niej?
Życz mi, żeby przyszło kilka osób 😊 Po premierze Hrabin od razu będę przygotowywała do wydania „Fridę. Kolekcjonerkę z Westendu”, jako poszerzony o listy i tło pamiętnik Doeringowej, ostatniej pani na willi Lentza. Potem trzecie Hrabiny sceniczne i książkowe. Życz mi energii, bo mam jeszcze wiele planów.
I na koniec: gdybyś mogła napisać zdanie, które kobieta powinna sobie przeczytać codziennie rano w lustrze – co by to było?
„Cześć moja kochana. Tak dobrze Cię widzieć”.












