Home Felietony  Kogo cieszą ferie? Dorośli też chodzą na wagary
Felietony 

Kogo cieszą ferie? Dorośli też chodzą na wagary

634
kogo cieszą ferie? dorośli też chodzą na wagary
fot. Unsplash

Ferie. Cudowny wynalazek w środku roku, wentyl bezpieczeństwa pomyślany po to, aby człowiek posiadający rodzinę nie sfiksował już do reszty. W sam raz po karuzeli jaką były święta i półrocze, nadchodzą upragnione dla rodzica dwa boskie tygodnie, kiedy za pomocą wszelkich dozwolonych prawnie w Polsce środków ma prawo pozbyć się dzieci z domu. 

Obozy zimowe, wyjazdy do babć, cioć i kuzynów, odwiedziny u ojców – jeśli się z nimi nie mieszka – to bardzo dobre opcje dla wyprawienia z domu dzieci, które nie mogą jeszcze zostać same w mieszkaniu. Zanim zostaną nastolatkami, które uwielbiają zostawać bez nadzoru. 

Cofnę się teraz do czasów, kiedy  logistyka dni wolnych moich i Aktualnie Najdroższego, nawet po zsumowaniu naszych urlopów stanowiła nie lada wyzwanie. Wolne od zajęć szkolnych nijak ma się do wolnego przydzielanego ustawowo w pracy. Każde z nas ma 27 dni urlopu, co daje w sumie 54 , wcale szału nie ma, bo wolne od szkoły bywa do 180 dni! Jak byśmy nie kombinowali, urlopów nie starczało na porządne wspólne wakacje, trzeba było ustalać dyżury przeplatane i zajmować się drogimi bąbelkami na przemian. A potem prosić babcię, dziadka i pół rodziny o wsparcie. Wyjazd do dziadków na wieś? A skądże. Babcia i dziadek w najlepsze pracowali zawodowo do późnego wieku. Wyjściem kompromisowym były półkolonie, ale to stosunkowo droga zabawa. Najtańsze, te organizowane w szkole, były obsadzane gęsto, dostanie się na listę graniczyło z cudem. Pozostawały fantastyczne kolonie: cyrkowe, cyfrowa szkoła VR,  żeglarskie, detektywistyczne, sportowe, drogie. Bywało więc, że potomkowie byli wysyłani na obóz, albo ferie obstawiał ojciec moich dzieci, a ja zostawałam przez błogi moment sama na gospodarstwie, jako słomiana bezdzietna wdowa. A potem na zmianę – jechałam ja, zostawał on, równie zadowolony z powrotu do swobody stanu studenckiego. Piękne czasy.

Już machając na dworcu chusteczką z trudem hamowałam radosną chęć objawienia tymczasowego zespołu Tourette’a: heeeeell yeah i jeszcze gorzej – wrzeszczałam sobie do środka i w sekundę po zobaczeniu tylnych świateł pociągu wyrywałam z dworca jak prosię zbiegłe z ubojni. Pędziłam przez pół miasta, zatrzymując się tylko na Szelu po prossecco i wpadałam do domu rzucając się w płaszczu na kanapę, twarzą w świeżo wyprane poduchy: Yes! Tak będę leżeć, aż zgniję!

Wolność rodzicielki. Punkt pierwszy, czyli gnicie na kanapie z pilotem, którego nikt nie wyrywa, nigdy nie trwało długo, a winę tu ponosiła standardowa ramówka TVP. Bywało, że przespałam jakieś trzy pozycje programowe, budząc się tylko po to, żeby np. zarejestrować istnienie programu „Kto poślubi mojego syna” (szkoda, zniszczył mi kilka szarych komórek). Z jakiegoś powodu ta kanapowa monarchia przynosi sporą satysfakcję. Z kanałów publicznych, nadal niepodzielnie władając pilotem, przerzucałam się na streamy i nadrabiałam wszystkie zaległe seriale, o których opowiadali mi w pracy znajomi, mogący je swobodnie oglądać. 

Ileż można jednak oglądać – zabierałam się więc za lekturę wszystkich odłożonych rzeczy. Szok wolności krzepł, przychodziła pora nadrobić zaległości kulturalne na początek. Repertuar kin, teatru, koncerty i pokazy – hulaj duszo, dzieci nie ma. Mocno postanawiałam sobie, że po tych feriach nie dopuścimy do podobnych zaległości, będziemy sobie robili wagary.

Czasem,  jak pies Pawłowa, zawieszałam się moment przed szybą w oknie w rozważaniu czy myć, czy nie myć, jak jest okazja, ale karciłam się natychmiast w duchu i pozwalałam oknu na świat być brudnym jeszcze chwilę, póki nie zrobię czegoś ciekawszego. 

Kiedy uznawałam, że więcej się nie da obejrzeć i doczytać, ruszałam w miasto czerpać z życia nocnego, właściwie śmiało mogę powiedzieć, bo zimą bardzo szybko robi się ciemno. Nadrabianie  spotkań towarzyskich z najlepszymi znajomymi zaniedbanymi z powodu codziennego kieratu stanowiło ulubiony moment ferii. Ale ferie dobiegały końca. 

Podsumowując: poleżałam na wszystkich dostępnych kanapach, pochodziłam we flanelowej piżamie do skandalicznej 16.30 w weekend, pozaczynałam kolejne książki, chodziłam spać o trzeciej nad ranem, jadłam salami na zmianę z płatkami śniadaniowymi na obiad po pracy, obejrzałam co tam chciałam, obcięłam kotom pazury, odwiedziłam przyjaciół, kosmetyczkę, Kaskadę, Empik, Multikino…  

A potem umyłam okna, wypucowałam dom od piwnicy po strych, wysprzątałam garderobę. Trochę otrzeźwiałam gapiąc się na kinkiety, które już chciałam odkręcać i wycierać. I zaczynałam tęsknić za resztą. Syta tej kontrolowanej bezprizorności odliczałam dni do przyjazdu milusińskich.

Tak. Nadal bardzo lubię ferie. Dzieci już nie potrzebują dziennej opieki, więc… pora na nas. Teraz my zaczniemy wyjeżdżać na ferie. Na wagary już chodzimy! 

Powiązane artykuły

palmy i tarzan - nowa wizytówka szczecina
Felietony 

Palmy i Tarzan – nowa wizytówka Szczecina

Palmy w Szczecinie? A dlaczego nie? Nawet w kilku miejscach. I do...

flecista, metal czy disco polo?
Felietony 

Flecista, metal czy disco polo?

Niewykluczone, że w stolicy Pomorza Zachodniego zorganizowany zostanie niedługo kolejny głośny konkurs...

monika lesner
Felietony 

„Dla mnie i tak jesteś najlepszy, ale…”, czyli od presji do depresji

„Bo stać go na więcej”, „Gdybym nie wiedziała, że ma taki potencjał,...

skok stulecia, czyli historia smakowitej zbrodni
Felietony 

Skok stulecia, czyli historia smakowitej zbrodni

Kilka dni temu doszło do prawdziwego „skoku stulecia” na Pomorzu Zachodnim. Będą...