Home Felietony  Juwenalia 2025 w Szczecinie: muzyczna uczta pełna emocji, wspomnień i… ognia!
Felietony 

Juwenalia 2025 w Szczecinie: muzyczna uczta pełna emocji, wspomnień i… ognia!

663
juwenalia 2025 w szczecinie: muzyczna uczta pełna emocji, wspomnień i... ognia!
fot. Michał Niedzielski

Ostatnie dni były świetną okazją do zobaczenia prawdziwych ikon polskiej sceny muzycznej – nie, wcale nie chodzi o Bambi, Young Leosię czy Malika Montanę. Maj stoi pod znakiem święta studentów, czyli Juwenaliów, a z tej okazji do Szczecina przyjechało wielu polskich artystów, w tym ci chyba najbardziej wyczekiwani – zespół Ich Troje, Artur Rojek, Mrozu oraz Krzysztof Zalewski. Można by rzec, muzycy co najmniej dwóch pokoleń i takie też osoby można było spotkać wśród publiczności. Przyjrzyjmy się więc prezentacji każdego z gości szczecińskiej Łasztowni, aby sprawdzić, czy warto ich zobaczyć na indywidualnym koncercie.

O słynnej ekipie z Łodzi można powiedzieć wiele, ale nie można jej ująć braku pomysłu na swoje występy. Jeśli kiedykolwiek widzieliście pokaz Ich Troje w telewizji, zdradzę Wam sekret – na studenckim koncercie plenerowym wygląda to tak samo: z pełną pompą. Tancerze, scenki aktorskie, żywe ognie i Michał Wiśniewski wspinający się po konstrukcji sceny. Zespół wykonał zarówno swoje największe przeboje, jak i nowe utwory, jednak sądząc po energii widowni, wszyscy zdecydowanie czekali na momenty, w których mogli wspólnie pośpiewać. Taka chwila nadeszła niedługo po rozpoczęciu koncertu wraz z klasykiem łódzkiego trio „Powiedz”. Towarzyszył temu komunikat o pomocy Adasiowi Orlikowi w walce z chorobą DMD przez fundację Siepomaga – to jemu zadedykowano zdanie „Wstań, powiedz, nie jestem sam…”. Usłyszeliśmy również eurowizyjne „Keine Grenzen” – Michał pośrednio wyraził rozczarowanie naszym ostatnim wynikiem w Bazylei (czternaste miejsce, naprawdę? Ja też wciąż nie mogę uwierzyć). To i tak było mało, bo „Wiśnia” mówił wiele innych niecenzuralnych rzeczy, aż pomyślałam, dlaczego ludzie tak bardzo chcą oglądać czyjąś część ciała na „D”?

Jacek Łągwa oraz Michał Wiśniewski wielokrotnie zwrócili uwagę na ich ostatni nabytek w postaci nowej wokalistki, Martyny Majchrzak, a przy tym podkreślili, że nie – to nie jest kolejna żona żadnego z nich. Wyspa cieszyła się także takimi hitami jak „Babski świat” (nadal zastanawiam się, czy naprawdę pili tam alkohol), „A wszystko to… (bo ciebie kocham)” oraz „Zawsze z tobą chciałbym być”. Do samego końca czekałam na te utwory i pomyślałam sobie, że chciałabym być tą „Kaśką”, co to dla niej Wiśniewski piosenkę napisał…

To się działo w czwartek. W piątek 23 maja natomiast mieliśmy świetną plejadę gwiazd – od alternatywy, przez R&B, po konkretną dawkę rocka z metalem pomieszaną. Tak można określić dewizy Artura Rojka, Mroza i Krzysztofa Zalewskiego, czasem przypisując je nawet do każdego z nich. Wielu zapewne nie zdziwi, że Rojek nie przedstawił w swoim koncercie więcej niż swój piękny tenorowy głos i intymna muzyka, co utrzymuje w przekonaniu o jego wielkim artyzmie, ale i dużej skromności. Tuż nad Odrą wybrzmiały jego solowe piosenki – „Beksa”, „Syreny” czy „Bez końca”, ale i wyczekane przeboje zespołu Myslovitz: „Dla Ciebie” i „Długość dźwięku samotności” – w przypadku tego utworu wokalista niespecjalnie się narobił, bo zdecydowaną większość tekstu wyśpiewała publiczność. Dla takich momentów się żyje!

Na występ Mroza z pewnością czekało więcej przedstawicieli młodszego pokolenia (wszyscy młodzi fani Ich Troje i Artura Rojka – nie obrażajcie się, proszę!), ale świetnie bawili się wszyscy. Artysta z Wrocławia wskoczył w koncert z piosenką „Galácticos”, która z marszu rozgrzała całą widownię. Usłyszeliśmy całą masę świetnych hitów – poczuliśmy „Aurę”, popłynęliśmy na „Szerokie wody” i zamieniliśmy całą Łasztownię w „Złoto”. Łukasz Mróz przeniósł się też do samych początków swojej kariery, wykonując słynne „Miliony monet” w odświeżonej, bluesowej aranżacji. Aż dwa razy publiczność odśpiewała klasyk „Jak nie my to kto” (niestety bez Tomsona, ale Mrozu świetnie nadrobił) – tutaj zdecydowanie nie dało się nie skakać do upadłego! Mrozu wykonał również ostatnie przeboje Męskiego Grania, w którym wyręczył pozostałych gości projektu – dzięki „Wolnym duchom” i energetyzującym „Supermocom”, aż chciało się zadzwonić po 998! Zdecydowanie zabrakło mi takich hitów jak „Nic do stracenia” i „Napad”, ale to tylko zachęca mnie do odwiedzenia Mroza podczas jego indywidualnego koncertu – tam nikt nie będzie go gonić. Koncert roztańczył wielu szczecinian i nie tylko, z pewnością czekam na więcej.

Zwieńczeniem piątkowej juwenaliowej przygody był koncert Krzysztofa Zalewskiego, który był niezłą mieszanką wybuchową różnych gatunków. Rozpoczął od niemal heavy-metalowego tąpnięcia z jednym z nowszych singli „Zgłowy” i starszym „Polsko”. Artysta z Lublina kilkukrotnie wspomniał o tematach politycznych – nie dziwota, skoro jesteśmy idealnie przez drugą turą wyborów, do udziału w których Zalewski gorąco zachęcił. Wykonał piosenki z ostatniej płyty: „Roboty”, „Edith Piaf” (ale nie było to po francusku) i „Nastolatek”. Dość zjadliwie przeszedł do jego „radio friendly super hits”, czyli w tym przypadku do „Annuszki” – moim zdaniem jest to świetne przełamanie znanych nam „radiówek” w alternatywnej formie, i jeszcze ta aluzja do Mistrza i Małgorzaty! Z takowych zaśpiewał też – z wielką pomocą publiczności – rockowego, nostalgicznego „Kuriera” oraz balladę z tych raczej popowych i moich ulubionych „Miłość, miłość”. Zalewski długo trzymał ludzi w niepewności co do końca swojego występu, ponieważ po pierwszym bisie wykonał jeszcze co najmniej dwie piosenki, aż trudno było się doliczyć. Swój koncert zakończył utworem „O deszczu”, przy którym wszyscy mogliśmy się zjednoczyć i zaśpiewać „Chodźmy się kochać!” Cały koncert był jedną wielką opowieścią, którą można zrozumieć, gdy dobrze się zna twórczość Krzysztofa. Sądzę, że w tym przypadku niemal każdy poznał sens tej opowieści.

Jestem dumna, że w tak krótkim czasie mogłam zobaczyć tyle ikon polskiej muzyki. Mimo wielu zawirowań logistycznych warto było przyjść na Łasztownię, by spędzić czas w tak doborowym towarzystwie. Polecam każdemu!

Powiązane artykuły

miał być „winter is coming” i jest
Felietony 

Miał być „winter is coming” i jest

„Krowy bedo sie źrebili, kobyły cielili, owieczki prosili! Chłop z chłopem spać...

carnavale, czyli szał ciał!
Felietony 

Carnavale, czyli szał ciał!

Już w najbliższy wtorek zaczyna się. Tegoroczny karnawał! Będzie bardzo krótki, bo...

jasnowidzący już wiedzą
Felietony 

Jasnowidzący już wiedzą

Wybitny polski pisarz – Stanisław Lem mawiał: „bądź dobrej myśli, bo po...

święta bez „znachora”? nigdy!
Felietony 

Święta bez „Znachora”? Nigdy!

Po cichu pewnie wielu liczyło na świąteczny cud. I mamy go! Wielbiciele...