Siedząc z koleżanką na kawie w Bananowej pochłaniam ciastko czekoladowe osłodzone najlepszymi na świecie ploteczkami. Używamy sobie bez ograniczeń – i cukru i obgadywania, bo też się kilku małpom znad naszego strumienia nieźle nazbierało. Omawiamy więc co najsoczystsze fikołki i wcale nie jest nam wstyd, że oddajemy się tak niemoralnej czynności. Nam się od tego niesamowicie lepiej robi.
Gdybyśmy w tym momencie miały być przedmiotami, to wyobrażam sobie nas jako dwa czajniki postawione na gazie. Obie się gotujemy, aż puszczamy parę w gwizdek.
„Łoooooo, ale. Jaki nadchodzi sexy silver fox” – słyszę nagle koleżankę i widzę jak dostaje wielkich oczu, patrząc na zbliżającego się srebrnowłosego czerstwego jegomościa w jaskrawej marynarce i mokasynach wzutych na gołe stopy. Z ogorzałą drogą opalenizną twarzą, z siateczką zmarszczek wokół oczu wyrażająca pewność sytego kota, starszy i zadowolony z siebie w stopniu znacznym. Wśród społeczeństwa odzianego na szaro, buro i czarno, wyróżnia się jak kolorowa kakadu wśród wron. Też robię oczy.
Swoją drogą, mężczyżni dopiero ostatnio zaczynają akceptować kolory, jakby wcześniej cała populacja cierpiała na wstręt do barw innych niż maskujące. Jakbyśmy żyli w kraju leśników.
Nasz srebrny lisek, przeczący średniej krajowej dla osobników w jego wieku, wkracza z dzwonkiem obwieszczającym wkroczenie – bo dzwonek kawiarnia ma zawieszony w drzwiach. W tym przypadku bardzo stosownie, bo przed tak wymuskanym egzemplarzem powienien spieszyć co najmniej jeden herold z trąbką: uwaga uwaga, książę blasku i pomady nadchodzi. Podziwiać!
Coś w moich spekulacjach musi być, bo książę srebrny staje w przejściu, lekko je tarasując. Staje, pachnie i tkwi, z dumnie wyprężonym torsem, niczym Colleoni, który w identycznej pozie marznie teraz na spiżowym koniu, będąc pomnikiem. Małą chwilę zajmuje mi zrozumienie, że ten postój wynika z krótkowzroczności, bo książę wydobywa zza pazuchy okulary i rozgląda się po lokalu. Czyli ślepy jest jak krecik.
Książę nie przybył tu spotkać się z księżniczką. W kącie czekał na niego drugi silver, bardziej przetarty na czuprynie i mniej papuzi, ale równie czerstwy jak bułka. Powitały się chłopy serdecznie, waląc się jowialnie po plecach jak niedźwiedzie. Potem obaj panowie odegrali identyczną pantomimę z wymianą okularów z tych do patrzenia, na te do czytania, żeby coś z drobnym maczkiem zapisanej karty menu wybrać i zamówić. Zajęli się standardowym: „co tam u Was!”, „a dobrze, a co u Ciebie? Wjechało piwo bez alko i jedzenie, a niewiele czau upłynęło, jak usłyszałyśmy, że panowie porządnie obgadują swoje własne zasłużone małpy, znad ich strumienia.
No popatrz – mówi koleżanka – zupełnie jak my.
I fajnie.












