Decyzja o odwołaniu Łukasza Tyszlera ze stanowiska dyrektora szpitala w Zdrojach przenosi się z poziomu administracyjnego na polityczny i prawny. W tle konsolidacji placówek medycznych pojawia się poważny zarzut: naruszenie przepisów chroniących radnych zatrudnionych na podstawie umowy o pracę. Część polityków koalicji rządzącej w regionie nie ukrywa oburzenia i mówi wprost o błędzie, którego można było uniknąć.
Sprawa dotyczy decyzji podjętej przez marszałka województwa, Olgierda Geblewicza, który odwołał Łuksza Tyszlera w trakcie trwającego procesu łączenia szpitala w Zdrojach z Zachodniopomorskie Centrum Onkologii. Konsolidacja, nadzorowana przez dyrektora ZCO Adriana Sikorskiego, zakładała zmiany kadrowe, ale – jak wynika z relacji samego zainteresowanego – ich przebieg miał wyglądać inaczej.
Kluczowy problem ma charakter formalny. Łukasz Tyszler jest nie tylko menedżerem, lecz także radnym miejskim. A to oznacza, że jego stosunek pracy podlega szczególnej ochronie wynikającej z ustawa o samorządzie gminnym. W praktyce oznacza to konieczność uzyskania zgody rady miasta na jego zwolnienie. Taka zgoda nie została udzielona, bo wniosek w tej sprawie w ogóle nie trafił pod obrady – a w świetle prawa, powinien. To właśnie ten element budzi największe kontrowersje. W środowisku samorządowym panuje przekonanie, że marszałek doskonale zna obowiązujące procedury. Tym bardziej niezrozumiałe dla części radnych jest pominięcie rady miasta. W nieoficjalnych rozmowach pojawiają się ostre słowa o arogancji i lekceważeniu partnerów politycznych.
– To można było uzgodnić. Pomijając już same przepisy, chodzi o standardy współpracy. Dziś marszałek i szef partyjnych struktur stawia nas pod ścianą: albo opowiemy się przeciwko koledze radnemu, albo przeciwko marszałkowi – mówi jeden z radnych, podkreślając, że problem wykracza poza samą decyzję kadrową.
Napięcie wewnątrz samej Koalicji Obywatelskiej, która w radzie miasta ma większość, jest widoczne. Teoretycznie rada miejska mogłaby wyrazić zgodę na odwołanie własnego radnego, który jednocześnie pełni funkcję przewodniczącego klubu. W praktyce jednak oznaczałoby to polityczny precedens i test lojalności wewnątrz ugrupowania.
Sam Tyszler nie kryje zaskoczenia i rozważa kroki prawne, w tym skierowanie sprawy do sądu pracy. Z prawnego punktu widzenia spór może okazać się stosunkowo prosty do rozstrzygnięcia. Ochrona stosunku pracy radnego jest jednym z fundamentów samorządności i ma zapobiegać politycznym naciskom. Jeśli rzeczywiście doszło do pominięcia wymaganej procedury, konsekwencje mogą być poważne – zarówno w wymiarze prawnym, jak i wizerunkowym.
Jednocześnie sprawa pokazuje istotny problem zarządzania procesami konsolidacyjnymi w sektorze publicznym. Nawet jeśli cel – poprawa efektywności systemu ochrony zdrowia – jest uzasadniony, sposób jego realizacji może generować napięcia, które osłabiają zaufanie wewnątrz instytucji i koalicji politycznych. Pokazuje cos jeszcze: zatrudnianie polityków w publicznych spółkach i instytucjach. W tym wypadku polityczny angaż może sie odbić „marszałkowską czkawką”.