Home Felietony  Czasami coś się sypie
Felietony 

Czasami coś się sypie

195

Była już najwyższa pora rozebrać choinkę. Ten moment jest daleko mniej radosny niż jej ubieranie, a już na pewno nikt na niego tak samo nie czeka, ani się nie ekscytuje. Mało tego: nikt się nie wyrywa do zadania, przeciwnie. Wszyscy zgodnie stosują wyparcie, że wcale się jeszcze tak nie sypie.

Niedługo po świętach choinka zaczęła się sypać na potęgę.  Rozsiewała igły wokoło, a wszyscy domownicy i kot roznosili  je jeszcze dalej. Na dywany i dywaniki, do łazienek, do łóżek – do wszystkich zakamarków. Nastał  Igłogedon. Osobiście uważam, że do puli średniowiecznych tortur śmiało można byłoby dopisać mieszkanie z nierozebraną, uschłą choinką bożonarodzeniową. Żaden twardziel tego nie zniesie.

Zanim pękliśmy,  choinka dawała nam się we znaki przez tydzień.

Nie ma większego znaczenia, czy choinka jest cięta czy w donicy. Taka donica to pic na wodę, niewiele daje, bo bryła korzeniowa jest do niej niemiłosiernie przycinana łopatą, wtłaczana na siłę i drzewko, mimo lanej w ziemię wody,  schnie. Zdarzyły mi się w życiu może ze trzy choinki, które się po świętach przyjęły.  Tu dygresja: przed zakupem choinki odbyliśmy naradę, czy ją w ogóle kupować czy nie, bo okrutny ten proceder wycinania młodego lasu jest nam niemiły. A popyt wywołuje podaż, wiadomo. Ostatecznie, przed samą Wigilią postanowiliśmy, że kupimy jedno z drzewek leżących  na pustoszejącym placu którejś z okazjonalnych zagród choinkowych. W promocji dostaliśmy jeszcze znaczną wiązkę gałęzi różnych gatunków, które zostały po ociosywaniu drzewek według życzeń klientów. Już i tak było po kasztanach, a raczej po choinkach.  Niedobitki zostały więc zaproszone do udziału w świętach w naszym domu, niechże ich ofiara nie pójdzie na marne.

Z początku drzewko i gałęzie miały się świetnie, potem gorzej – zwłaszcza te gałęzie, którymi (mając ich nadmiar) udekorowałam cały dom i pół ogrodu. Kończąc  ogromnym wieńcem na drzwiach wejściowych u siebie i sąsiadów. Tak mnie poniosło. Było pięknie do pewnego czasu.

Choinkowa zieleń zaczęła sypać jak najsłabsze ogniwo gangu. Przy najlżejszym trąceniu igły opadały odsłaniając coraz więcej. Pewnego wieczoru spadła najbrzydsza i najbardziej okazała ręcznie malowana bombka, którą dostałam w prezencie. Roztrzaskała się w drobny mak i chociaż wcale nie było mi jej szkoda, był to pierwszy sygnał ostrzegawczy. Potem już poszło szybko.

Igły zaczęły przemieszczać się wszędzie. Rozprzestrzeniały się jak zaraza. Uschnięte na wiór,  osiągnęły twardość  drutu, a z racji mikrego rozmiaru zaczęły nas znienacka nieprzyjemnie zaskakiwać. Oj bardzo nieprzyjemnie. Nikt nie lubi zrywać się z igła wbitą w stopę, palec lub gorzej. W siedzenie.

Odkurzacz był zarobiony na okrągło, niestety niewiele to dawało, bo akurat nie mamy kilkusetmetrowego metrażu i kręcimy się wszyscy  najczęściej w jednej przestrzeni. Natykając się na choinkę, bo jest na trasie do kuchni. Igły rozłaziły się nie wiadomo kiedy, jak mrówki faraona po wieżowcu. Relaks po pracy bywał przykro i znienacka zakłócany niewidoczną igłą, która znajdując się na środku kanapy  wbijała się boleśnie gdzie nie trzeba. Nawet w łóżku można było spodziewać się ataku. Padło wiele nieprzyjemnych słów, nad którymi nie dało się zapanować. Zadanie usunięcia choinkowego truchła należy w naszym domu tradycyjnie do małżonka. Jakoś zwlekał. Klął, wyjmował igły ze skarpet, kołdry i miejsc nie do wspominania, ale zwlekał.

Czarę goryczy przelał kot, który sprowokowany osuwającymi się z łysiejącego drzewka bombkami pacnął mocniej najbliższą mu gałąź z pajacem. Wprawiony w dygot świerk opadł ostatecznie, pozostawiając brązowy szkielet i kupkę igliwia z zaskoczonym kotem w środku. Małżonek dostał  wyraźniej sformułowane zaproszenie do zareagowania. Posapał, ponarzekał, usiłował wziąć mnie na litość, że „skoki”, ale litość mi się skończyła jak życie choince.

Tu zaczyna się akt trzeci i ostatni – zdejmowanie z suszonego świerka ozdób. Pokłute palce, jeszcze większa ilość igliwia na podłodze i kilka potłuczonych ozdób. A także kilka niepotrzebnie wypowiedzianych niemiłych słów pod adresem takich co zawalili termin i sprawa się sypnęła.

Skończyliśmy rozbierać drzewko w wzajemnym fochem i piekącymi paluchami. Roomba zdechła, zdaje się, że wysłała nam rezygnację z roboty przez związki zawodowe, będzie nas pozywać. Przeszliśmy na sprzęt analogowy, czyli miotłę z szufelkę. To trochę jak przesypać Saharę łopatką do piaskownicy, ale ja nie mam tak dobrze jak Roomba, nie mogłam się poskarżyć związkom zawodowym, ani rzucić roboty. Ja tu mieszkam.

To nadal nie koniec. Domowy mój własny racjonalizator bowiem wpadł na genialny – jak zawsze – pomysł jak wywlec drzewo na zewnątrz, żeby się nie szarpać z nim przy wyjściu na taras.  Przyniósł sobie sekator do przycinania drzewek w ogrodzie i zaczął szatkować na środku salonu drzewo. To spowodowało zjawisko, zdawałoby się już niemożliwe: igły zaczęły lecieć jak grad. Okazało się, że jednak nie wszystkie spadły, jakieś tysiące jeszcze się uchowały. Toteż co miały robić – opadły.

Opadły mi również ręce. Z miotłą i szufelką, których jeszcze nie zdążyłam odłożyć. Jakoś mi się nie spodobało to rozwiązanie logistyczne. Poszłam sobie zrobić drinka, bo zachodziła obawa, że padnie więcej niepotrzebnych słów i po co.  Roomba słabym głosem z kąta przypomiała, że nie robi, żeby na nią nie liczyć. Mistrz logistyki do końca zmasakrował drzewko i zaczął wlec trupa przez dom, zostawiając za sobą pasmo zgrozy i zniszczenia, a także syf jak z całego Rzacholeckiego Lasu. Drugi drink pomógł, przestałam się ekscytować.

Mój własny geniusz wyniósł szczerbaty ten kikut dokładnie przed wejście i pozostawił w pełnej krasie na widoku z kuchni.

Codziennie rano zaczynam teraz dzień pijąc kawę z widokiem na choinkowe truchło.

Czeka tam, aż sprawa nabierze mocy. Jak wszystko.  Ale ja nie mogę codziennie wieczorem robić sobie dwóch drinków, prawda?

Powiązane artykuły

Felietony 

Dosyć mamy baranów, czas na owce!

W lipcu 2021 roku jeden z ówczesnych szczecińskich radnych rozpoczął krucjatę –...

Felietony 

Jesteśmy przygotowani, samolotów wyglądamy

Wiem, wiem, niektórzy stwierdzą, że ten temat jest już „ograny”, że już...

Felietony 

Mamy plac WOŚP. Mogło być święto, a wyszło jak zawsze…

Doskonała pogoda, świetna inicjatywa, radość i entuzjazm. Wczoraj świętowano na Łasztowni, teraz...

AktualnościFelietony Lifestyle

Ta marka na zawsze odmieniła lodowy i kawiarniany biznes w Szczecinie

Pisząc o szczecińskich lodach i lodziarniach nie sposób pominąć Castellari. To marka...