Home Rozmowy Agnieszka Czyżyk: „Obraz ma działać bez słów. Reszta jest dodatkiem”
Rozmowy

Agnieszka Czyżyk: „Obraz ma działać bez słów. Reszta jest dodatkiem”

175
malarka aga czyżyk artystka

Nie maluje po to, by tłumaczyć. Maluje po to, by wywołać reakcję — natychmiastową, często nieoczywistą, czasem nawet sprzeczną z jej własnymi intencjami. Agnieszka Czyżyk w rozmowie z nami opowiada o tym, dlaczego zostawia widzowi przestrzeń, jak wygląda moment „ostatniego pociągnięcia pędzla” i dlaczego morze — choć pozornie spokojne — najlepiej oddaje napięcie, na którym buduje swoje obrazy. To opowieść o intuicji, emocji i świadomym balansowaniu między estetyką a ryzykiem.

 

W swoich pracach zostawiasz widzowi przestrzeń na interpretację – czy zdarza się, że odbiorca „odczyta” obraz w sposób, który jest dla Ciebie niespodziewany?

– Zdecydowanie tak, to jest dla mnie naprawdę bardzo ważne, lubię tę nieprzewidywalność. Zdarzało się, że goście, szczególnie podczas wernisaży, analizowali ze mną obraz w sposób, który kompletnie mnie zaskakiwał – czasem nawet bardziej trafnie niż moje pierwotne założenie. Zawsze pozostawiam odbiorcy przestrzeń na interpretację, robię to świadomie, ale nigdy nie mam pełnej kontroli nad tym, w jaki sposób zostanie odebrany. To wspaniale obserwować ludzi, w jaki sposób do obrazu wnoszą własne doświadczenia, emocje – i nagle okazuje się, że widzą w nim coś, czego ja sama nie byłam do końca świadoma. Obserwuję ich gesty, mimikę… naprawdę sprawia mi to dużą radość.

Obraz ma wywoływać emocję natychmiast – bez tłumaczenia. Czy to oznacza, że tekst, opis, kuratorskie wprowadzenie są dziś w sztuce raczej przeszkodą niż pomocą?

– Zanim pojawi się analiza, język czy interpretacja, uruchamia się emocja. Ten moment, kiedy coś „zaskakuje” bez słów, w sposób pozytywny lub negatywny. Emocja w interpretacji dzieła sztuki jest fundamentem, działa jak brama: otwiera lub zamyka możliwość dalszego kontaktu z dziełem. Albo mi się podoba i analizuję…, albo mówię: „fajny” i idę dalej. Pierwsza reakcja nie musi być „poprawna”, ale jest zawsze autentyczna. To ona buduje osobistą relację między dziełem a widzem, podobnie jest z ludźmi — nieprawdaż? Odpowiednio dobrana barwa, kompozycja, kontrast czy gest malarski mogą wywoływać napięcie, spokój albo ekscytację, jeszcze zanim zostaną nazwane przez odbiorcę.
Reakcje kuratorów na pierwsze spojrzenie są często bardzo podobne do reakcji „zwykłych” odbiorców – tylko bardziej wyostrzone przez ich ogromne doświadczenie. Dopiero później wchodzi analiza – kurator zaczyna zadawać pytania: dlaczego ten obraz działa? Jakie ma znaczenia kulturowe czy formalne, itp. Ich wiedza w przypadku głębszej analizy dzieła jest bezcenna.

Twoje prace to przede wszystkim kompozycje marynistyczne, nieoczywiste, niekiedy abstrakcyjne. Pracujesz na granicy harmonii i dysonansu. W którym momencie, tworząc, wiesz, że „już wystarczy” – że to ostatni ruch pędzla, że dalej obrazu nie należy już burzyć ani porządkować?

– To jest chyba najbardziej intuicyjny i jednocześnie najtrudniejszy moment w całym procesie. Nie ma jednego jasnego sygnału – to raczej rodzaj wewnętrznego „uspokojenia”, które pojawia się w obrazie. Jeżeli nie wiem, co dalej, zawsze kieruję się zasadą: „Lepsze jest wrogiem dobrego”. Przez kilkanaście lat opracowałam mój wieloetapowy i absolutnie bezlitosny system kontroli jakości. Najpierw obraz trafia na ścianę i przechodzi test: co chwilę na niego zerkam, obserwuję barwy, cienie przy różnych kątach padania światła, w różnych porach dnia, odkrywam obraz. Jeżeli nie mam już uwag, to znaczy, że coś w nim działa. Jeśli zaczynam go omijać wzrokiem, mieć wątpliwości – wraca na sztalugę.
Drugi etap to test gościa. Zapraszam znajomych i obserwuję, gdzie zatrzymują wzrok. Najciekawsze są te momenty, kiedy ktoś patrzy dłużej i mówi: „coś tu jest dziwnego… ale nie wiem co”. To dla mnie najlepszy komplement – znaczy, że obraz jeszcze „pracuje”. Najgorzej jest, jak opinia kończy się na słowie „fajny”. To jest znak, że jeszcze dużo pracy przede mną… No i najważniejszy etap: zostawiam go na kilka dni. Jeśli rano pierwszą myślą jest: „nie dotykaj”, to znaczy, że jest skończony. Czasami odstawiam obrazy pod ścianę i wracam do nich po kilku miesiącach, jak już wołają: „Tu jestem, hallo!”, i wiem, że to jest ich moment.

Przyznam jednocześnie, że jest to dla mnie świetna zabawa, gdyż co kilka tygodni dom zmienia się w prawdziwą galerię, gdzie każdy może wyrazić swoje emocje, o których wspominałam, jak są ważne dla artysty.

Skąd zamiłowanie do marynistycznych tematów?

– Myślę, że to zamiłowanie pojawiło się bardzo naturalnie – morze od zawsze było dla mnie przestrzenią dużych możliwości – przecież Szczecin leży nad morzem (śmiech). Z jednej strony to ten osiągalny spokój, bezkresny horyzont, oddech, a z drugiej nieprzewidywalność i siła żywiołu. To dokładnie ten obszar, w którym lubię pracować – ta harmonia i dysonans, o których wspominaliśmy wcześniej. To też temat, który daje ogromną wolność, bawię się światłem, cieniem, barwami.

W Twojej twórczości istotny jest niebieski kolor – to tylko barwa wody, czy znaczy dla Ciebie coś więcej?

– Jak widać w moich obrazach, pracuję warstwowo, budując różne odcienie niebieskiego, zestawiając je ze sobą, czasem przełamując czymś zupełnie kontrastowym. Dzięki temu ten kolor zaczyna „żyć”, przestaje być tłem, a staje się fundamentem obrazu. I to jest moją najlepszą wizytówką. Dla mnie osobiście barwy błękitne mają wymiar symboliczny, szczególnie w obrazach marynistycznych. Kojarzą się ze spokojem, nieskończonością, wolnością, ale też z melancholią i samotnością. Jednakże jest to dla mnie na tyle kolor uniwersalny, że poprzez odpowiednie dobranie intensywnych odcieni obraz będzie pełen energii, ekspresji i radości.

Pamiętasz swój pierwszy obraz?

– Niestety nie pamiętam. Dużo ich wykonałam do dnia dzisiejszego. Być może ten pierwszy obraz gdzieś był, może był nieporadny, może intuicyjny – ale nie zapisał się w pamięci jako moment przełomowy. I chyba właśnie to jest dla mnie ważne: że tworzenie nie zaczęło się od jednego dzieła, tylko od potrzeby, która z czasem rosła i nabierała kształtu.

 

Masz już ugruntowaną pozycję w świecie sztuki, a zainteresowanie Twoimi pracami systematycznie rośnie – trafiają do prywatnych kolekcji, a ich wartość będzie z czasem tylko wzrastać. Jak w tej sytuacji wyobrażasz sobie swoją przyszłość jako artystki: bardziej w stronę ekskluzywności i ograniczonej dostępności, czy jednak z myślą o tym, by Twoja sztuka pozostała możliwie szeroko dostępna dla odbiorców?

– Myślę, że odpowiedź na to pytanie nie jest zero-jedynkowa. Z jednej strony naturalnym kierunkiem rozwoju jest pewna ekskluzywność obrazów, kiedy rynek zaczyna nadawać im konkretną wartość. Ale z drugiej strony bardzo ważne jest dla mnie, żeby nie stracić tego pierwotnego kontaktu z odbiorcą. Sztuka nie powinna być wyłącznie dobrem zamkniętym czy dostępnym dla wąskiego grona – bo jej siła polega właśnie na relacji. Bardzo duży nacisk kładę na to, aby moje wernisaże były otwarte dla wszystkich, szczególnie dla dzieci, gdyż od samego początku zależało mi na tym, żeby sztuka nie była przestrzenią zamkniętą ani onieśmielającą. Wspominam o dzieciach, gdyż wiele razy spotkałam się z zapytaniem od zaproszonych gości: „czy możemy przyjść z dziećmi?”. Dla mnie to oczywiste, a dla nich jakże ogromna wartość rozwojowa i emocjonalna. Nie wierzę w podziały na „wtajemniczonych” i tych, którzy dopiero zaczynają swoją drogę jako odbiorcy. Pierwsze spotkanie z obrazem nie wymaga przygotowania – wystarczy ciekawość i gotowość, żeby… poczuć tę pierwszą emocję.

Czuję też pewnego rodzaju odpowiedzialność wobec osób, które decydują się na zakup moich prac. To nie jest dla mnie tylko moment transakcji, ale początek dłuższej relacji opartej na zaufaniu. Z większością osób utrzymuję kontakt, wymieniamy się doświadczeniami oraz dzielimy nowymi odkryciami. Mam świadomość, że kolekcjonerzy inwestują nie tylko w obraz, ale też w moją drogę artystyczną. Dlatego czuję się w obowiązku, aby ta wartość – zarówno artystyczna, jak i rynkowa – z czasem rosła. Mówię o tym wprost, do czego świadomie dążę poprzez konsekwencję, rozwój i uczciwość wobec własnej pracy. Ważne jest dla mnie to, aby osoby, które mają moje obrazy, miały poczucie, że uczestniczą w czymś wyjątkowym, co się rozwija, pogłębia i nabiera znaczenia – nie tylko emocjonalnego, ale też realnego w czasie.

Udział moich obrazów w aukcjach charytatywnych to dla mnie jedna z najbardziej poruszających form obecności sztuki. W takich momentach obraz przestaje być tylko przestrzenią emocji czy refleksji – zaczyna realnie pomagać. To niezwykłe, widzieć, że coś, co powstało z bardzo osobistej potrzeby, może przełożyć się na konkretne wsparcie dla innych ludzi, szczególnie dzieci. Każde takie wydarzenie pokazuje mi, że sztuka ma nie tylko wymiar estetyczny czy kolekcjonerski, ale też realnej pomocy. Na aukcje charytatywne przekazałam już kilkanaście obrazów. Najważniejsze jest dla mnie, żeby niezależnie od tego, gdzie trafiają moje obrazy, nie traciły swojej podstawowej funkcji – żeby nadal wywoływały emocje, poruszały, zatrzymywały i zostawiały przestrzeń do własnej interpretacji.

Abstrakcja daje wolność, ale też brak punktów odniesienia. Co jest dla Ciebie największym ryzykiem w pracy nad obrazem – chaos, powtarzalność czy może zbyt łatwe „ładne rozwiązania”?

– Myślę, że największym ryzykiem jest dla mnie moment, w którym obraz zaczyna być „zbyt łatwy” – kiedy pojawia się pokusa, żeby pójść w stronę estetycznego, bezpiecznego rozwiązania. Takiego, które jest poprawne, przyjemne dla oka, ale nie niesie już napięcia, emocji, zastanowienia, zatrzymania. Staram się jednak tak pracować w takich przestrzeniach, aby moje obrazy mogły funkcjonować na obu poziomach: zarówno jako estetyczna, dekoracyjna przyjemność, jak i nośnik emocji i refleksji. W pewnym sensie to ciekawy balans, który cały czas odkrywam – między tym, aby obraz był ładny, a tym, co nieoczywiste, między bezpieczeństwem a ryzykiem. I to właśnie w tym napięciu często powstaje to, co dla mnie jest najcenniejsze w malarstwie.

W zasadzie każdy artysta, tworząc, zadaje odbiorcy pytanie: „co czujesz?”. A jakie pytanie najczęściej zadajesz samej sobie w trakcie malowania – i czy odpowiedź kiedykolwiek jest jednoznaczna?

– Ha, w trakcie malowania najczęściej zadaję sobie pytanie: „Co ja tutaj jeszcze robię?”. Powinnam być już na tej łódce, pośród turkusowej toni ciepłego oceanu.

Tworzę autentyczny obraz, który już jest po prostu mapą moich fantazji i niezaspokojonej tęsknoty za wakacjami, i naprawdę wierzę, że jestem tam, na tej łódce pośrodku ciepłego oceanu, gdzieś przy równiku. Bo prawda jest taka, że w głowie prawie zawsze jestem gdzieś daleko. Właśnie w tym jest cała zabawa: maluję błękit i całkowicie się z nim utożsamiam, gdyż inspiracje czerpię z moich podróży oraz bacznych obserwacji natury, co jest moją pasją.

Jest taka praca, z której jesteś szczególnie dumna?

– Jeśli miałabym wskazać te szczególne, to na pewno byłyby to dwa obrazy – martwe natury jabłoni i czereśni, które wiszą u mojej babci. Te dwa obrazy, które namalowałam 25 lat temu – kiedy o nich wspominam, mam je przed oczami, widzę je bardzo dokładnie. Od razu przypomina mi się dom rodzinny, zapach owoców, światło wpadające przez okno i te wszystkie małe, codzienne chwile, które kiedyś wydawały się oczywiste, a z perspektywy czasu dziś są bezcenne. Babcia opiekowała się tymi obrazami przez wszystkie te lata, a ja czuję, że one są dla niej ogromną radością i mimo że jestem daleko, obrazy codziennie przypominają jej o mnie. Za każdym razem wzruszam się, kiedy wchodzę do jej domu i widzę wiszące je w wyjątkowym miejscu – to niesamowite, jak moja twórczość nie tylko przetrwała próbę czasu, ale stała się częścią życia kogoś, kogo kocham i kto zawsze wierzył w moje możliwości.

Rodzina i najbliżsi: jak Cię wspierają?

– Wsparcie mojej rodziny i najbliższych jest dla mnie absolutnie fundamentalne – choć nie zawsze ma spektakularną formę. Często to są bardzo proste, codzienne gesty: obecność, rozmowa, cierpliwość wobec mojego trybu pracy, który bywa dość nieregularny i intensywny, szczególnie przed planowanymi wystawami. To oni jako pierwsi widzą moje obrazy, jeszcze zanim trafią gdziekolwiek dalej. Ich reakcje są szczere, niefiltrowane, czasem bardzo intuicyjne, i to jest dla mnie niezwykle cenne. Dziękuję Wam za to.

Powiązane artykuły

"te utwory są jak afirmacje". kashia vega opowiada o „kropli”, która zmienia życie kobiet
Rozmowy

„Te utwory są jak afirmacje”. Kashia Vega opowiada o „Kropli”, która zmienia życie kobiet

To nie tylko album – to intymna opowieść o kobiecej sile, przemianie...

30 lat budowała jeden z najlepszych tbs-ów w polsce. grażyna szotkowska żegna się ze szczecińskim tbs
Rozmowy

30 lat budowała jeden z najlepszych TBS-ów w Polsce. Grażyna Szotkowska żegna się ze Szczecińskim TBS

Po trzech dekadach pracy w Szczecińskim Towarzystwie Budownictwa Społecznego Grażyna Szotkowska kończy...

make polish hotwave great again. stany pośrednie o swojej muzycznej drodze
Rozmowy

Make Polish Hotwave Great Again. Stany Pośrednie o swojej muzycznej drodze

W maju 2025 roku szczecińska scena muzyczna poczuła powiew świeżości. Ich debiutancki...