Moda na nowe wersje filmowych hitów, które powstały na motywach dzieł polskiej literatury, trwa w najlepsze. Już niedługo mają się zacząć prace przy kolejnej odsłonie „Lalki” oraz „Trędowatej”. Dlaczego nie miałyby powstać w Szczecinie albo na Pomorzu Zachodnim?
Jak się dobrze przyjrzeć, to właściwie nowa wersja dramatycznie miłosnych dziejów przygód Stanisława Wokulskiego oraz Stefci Rudeckiej mogłaby się odbywać równie dobrze u nas jak gdzie indziej. A poza tym, dlaczego ich ekranizacje miałyby być takie same, tylko z nowymi aktorskimi twarzami?
W czerwcu 2021 roku szczeciński Teatr Współczesny przedstawił własną wersję „Lalki”, która bardzo się spodobała publiczności. Streszczenie: akcja dzieje się podczas nocnej Gali Biznesu, gdzie spotykają się lokalne elity gospodarcze, polityczne i społeczne, celebryctwo, nuworysze, targowisko próżności itp. Szczegóły można znaleźć w recenzjach spektaklu w Internecie.
Bardzo dobry pomysł. Po co znowu wydawać miliony, żeby oddać historię dramatu miłosnego, ubierając ją w atmosferę i stosunki społeczne panujące w Warszawie XIX wieku pod zaborem rosyjskim? Ta historia (On kocha ją, Ona jego nie ma zamiaru, ale chętnie się nim pobawi i „pociągnie Go na kasę”) jest znana jak świat i nie trzeba jej pokazywać w strojach i dekoracjach z epoki. Podobnie z „Trędowatą”. W niektórych kręgach niewiele się zmieniło w naszym społeczeństwie od tamtej pory.
Prezentacja obu tych historii w Szczecinie oraz na Pomorzu Zachodnim może mieć jednak nowy wymiar. Chodzi o pogranicze. Dlaczego nie wpleść w te historie jakichś wątków polsko–niemieckich? Jeżeli już twórcy tak bardzo chcą zachować realia XIX wieku, to niech to będzie np. w przypadku „Trędowatej” historia nieszczęśliwej miłości polskiej guwernantki do pruskiego junkra, z okolic choćby Nowogardu, który dla niej chce rzucić swe dotychczasowe życie, bogactwo i odrzeć z arystokratycznego „von” swe nazwisko, a potem razem z ukochaną nabywając za ostatnią markę najnowszą wersję „wozu Drzymały”, ruszyć gdzie hen, w dal szeroką?
Albo „Lalka”. Początek lat 90. ubiegłego wieku. Wokulski jest znanym szczecińskim przemytnikiem, który dorobił się gigantycznego „hajsu” na masowych transportach „lewego” spirytusu przez Odrę. Wszystko po to, żeby całe swoje bogactwo rzucić do stóp córce jednego z zachodnioniemieckich bankierów, którą kiedyś ujrzał w Operze Berlińskiej „Na Walkirii” Ryszarda Wagnera i zwariował na jej punkcie. Niemieckiemu finansiście interesy zaczynają kiepsko iść, a poza tym ma on poważne ambicje polityczne, marzy mu się Bundestag a potem, kto wie, może nawet urząd kanclerza? Ale zaczyna brakować mu „kasy”. A wtedy pojawia się sprytny i obrotny Polak z niedalekiego Szczecina z gigantycznym majątkiem oraz „maślanymi oczami” wlepionymi w jego Helgę. Dodatkowym plusem takich ekranizacji byłaby szansa na pozyskanie środków nie tylko z Unii Europejskiej, ale również od niemieckich producentów.
Swoją drogą ciekawe, jakie kolejne dzieło polscy twórcy filmowi wezmą „na tapetę”. Był już „Znachor” (który też świetnie wpisałby się w zachodniopomorskie pejzaże). To może w następnej kolejności np. „Ziemia obiecana” (Polakowi, Żydowi i Niemcowi nie udał się interes w kraju, więc musieli wyjechać „za chlebem” na granicę – coś w stylu serialu „Emigracja XD” albo historia o trzech developerach walczących o każdy skrawek terenu, który można zabudować), „Chłopi” (Boryna staje się przywódcą strajków rolników, zakłada partię polityczną i dostaje się do Sejmu, ale umiera na zawał na sali obrad, kiedy okazuje się, że został skompromitowany przez żonę – Jagnę, która założyła największą w Europie wytwórnię filmów porno), „Doktor Judym” (samotny lekarz walczący z coraz powszechniejszym w Polsce zjawiskiem pseudomedycznych oszustów, szarlatanów, domorosłych medyków, znachorów, szeptuch i uzdrawiaczy różnej maści), „Noce i dnie” (Barbara i Bogumił prześladowani przez wyrodnego syna Tomaszka, który żywcem przypomina głównego bohatera z „Ballady o Januszku”), „Pan Wołodyjowski” (historia polityka jednego z ugrupowań próbującego walczyć z napływem nielegalnych imigrantów, w tym wszystkim wątek mocnego przywiązania niejakiego Azji do pala), „Dzieje grzechu” (ogromne pole do popisu dla filmowych twórców, którzy mogą pokazać niezliczoną ilość twarzy polskiego seksbiznesu, a nie tylko jakieś 50 jakiegoś Greya), „Faraon” (dreszczowiec medyczny – podstępny wirus z Egiptu rozprzestrzenia się na cały świat, młody naukowiec chce go powstrzymać, ale sprzeciwia mu się kasta twardogłowych epidemiologów).
Sfilmować na nowo można chyba wszystko. Tylko czy naprawdę trzeba?