Szczęścia nigdy za wiele. Trzeba więc się chwytać każdego sposobu, aby je sobie zapewnić. Jedno z rozwiązań podsuwa Sanok. Może warto byłoby się zastanowić nad jego przeszczepieniem na szczeciński grunt?
Szczecin jest uznawany za jedno z najszczęśliwszych miast w Polsce. Tak przynajmniej wynikało z różnych badań, m.in. raportu „Szczęśliwe Miasto” czy „Barometru Rozwoju Miast 2024”. Około 72% Szczecinian deklarowało w nich, że jest szczęśliwych z życia w swojej dzielnicy, a 67% jest ogólnie zadowolonych z życia w mieście. Miejmy nadzieję, że od czasu publikacji tych badań nic się w Szczecinie nie zmieniło „na minus” pod względem szczęśliwości ich mieszkańców. Ale szczęścia nigdy za dużo. Niektórzy twierdzą nawet, że, aby było go coraz więcej trzeba mu pomagać. Ale jak? Pewną receptę na jego uzyskanie odkryli archeolodzy w Sanoku. Otóż postanowili zbadać tamtejszą XVI-wieczną studnię. I w trakcie eksploracji odkryli na jej dnie 36,5 tys. monet!
– To głównie pamiątki po turystach, którzy wrzucali pieniążek na szczęście. Dominują monety z okresu PRL-u i współczesne, ale znaleźliśmy też okazy egzotyczne z Kuwejtu i z Kanady oraz najstarszą w zbiorze monetę z czasów króla Jana Kazimierza. Nie chcemy jednak zabierać właścicielom szczęścia, dlatego wszystkie te monety, po dokładnym opisaniu, trafią z powrotem w kapsule czasu na dno studni – zapowiedział kierujący badaniami.
Według niektórych ogólnopolskich raportów Sanok uchodzi za miasto o jednym z najwyższych wskaźników dobrostanu psychicznego na Podkarpaciu, a mieszkańcy tego województwa mają deklarować najwyższy poziom szczęścia w skali całego kraju. Ale skoro Szczecin jest uznawany za jedno z najszczęśliwszych miast w kraju, dlaczego nie mamy takiej studni, do której turyści mogliby wrzucać pieniądze? Może nie rozwiązałoby to problemów finansowych Grodu Gryfa, ale zawsze byłby to jakiś zastrzyk dofinansowania. Może nawet unijnego, jeżeli trafiałaby do niej gotówka wrzucana przez turystów zagranicznych. Owszem, była przed laty taka tradycja, że bilon lądował w basenach w Alei Fontann. Ale to było dawno i żyje ona chyba tylko w pamięci niektórych. Zresztą fontanny w alei od dłuższego czasu nie działają i są propozycje, aby je przerobić na tzw. sikacze, czyli wodotryski działające prosto z poziomu chodnika – coś na podobieństwo tych z pl. Zamenhofa.
Studnia wydaje się więc być niezbędna, również jako kolejna atrakcja turystyczna w mieście. Najlepiej jakby była usytuowana np. na małym dziedzińcu Zamku Książąt Pomorskich. Ostatnio obiekt ten w sporej części został odbudowany po katastrofie budowlanej i przebudowany od strony tarasów. Ale pojawiają się glosy, że również mały dziedziniec czeka na niewielki remoncik. Czy w jego trakcie archeolodzy nie mogliby, przypadkowo oczywiście, trafić na fragmenty starej studni z czasów np. Bogusława X, dzięki której szczęście nie opuszczało Gryfitów? Ale gdy zniknęła, w niejasnych okolicznościach, szczęście uleciało, a w zamian pojawiła się klątwa Sydonii von Borck. Jaki to miało wpływ na losy dynastii wiadomo.
Odnalezione szczątki studni byłyby podstawą do jej rekonstrukcji. A razem z nią powróciłoby szczęście do stolicy Pomorza Zachodniego, bo go, mimo wszystko, ciągle nam brakuje itd. itp. takie tam dyrdymały i farmazony. Niektórzy pewnie nazwą to „ściemą”, inni kreowaniem rzeczywistości. Ale nie ma co się oburzać. Nie udało nam się wykreować jakiegoś ducha na Zamku, to może będzie sukces ze studnią? Potwora z Loch Ness nikt nie widział, a prawdziwe tłumy walą przez cały rok nad to jezioro w Szkocji.
Turystyka rządzi się swoimi prawami. A takie „numery”, to ogólnie stosowana praktyka. Wiele podobnych przykładów znajdziemy pewnie w całym kraju. W telewizyjnym serialu z 1970 roku – „Samochodzik i Templariusze” pojawia się postać Tajemniczego Brodacza. Osobnik opiekuje się ruinami pewnego zamku. Aby podnieść ich atrakcyjność oraz zapewnić większe zainteresowanie ze strony turystów nocami wykuwa na murach tajemne znaki wskazujące, że w tym obiekcie znajduje się skarb Templariuszy. Można? Można. I taka studnia na pewno szybko stałaby się sławna, popularna i jeszcze w dodatku zarabiałby pieniądze. Ludzie chcieliby wracać do Szczecina, choćby po to, żeby monetami miotanymi w czeluść studni zapewnić sobie chociaż szansę na odrobinę szczęścia. Tylko na początku trzeba byłoby całą historię ostro wypromować, aby funkcjonowała jako kilkuwiekowa tradycja. Żeby nie doszło do takiej sytuacji jaką zaprezentowano w pierwszych minutach kultowej komedii Stanisława Barei „Brunet wieczorową porą”. Przed fontanną stoi nauczycielka (Emilia Krakowska – Jagna z „Chłopów”) z grupą uczniów.
„Jak ktoś wrzuci pieniążek, to tutaj wróci. Macie wszyscy pieniążki? Wrzucamy teraz. Trzy, cztery…Pieniążki wrzucamy i wszyscy tutaj wrócimy” – zapowiada pedagog. Ale jeden z uczniów nie wrzuca. Podchodzi do niego Jan Himilsbach i pyta: „A Ty dlaczego nie wrzuciłeś?”. Odpowiedź: „Bo ja tu więcej nie chcę wrócić”. W kolejnej scenie Himilsbach liczy na blacie dworcowego bufetu wyłowiony z fontanny bilon. „Jedno piwo” – zamawia u bufetowej. „Co tak marnie panie Janku?” – dziwi się kobieta. „Wie pani, cholera, tradycja się jeszcze nie przyjęła” – odpowiada Himilsbach.
(gdyby ktoś się nie domyślił, to ten tekst ma charakter żartobliwy, doświadczenie wskazuje jednak, że wielu traktuje wszystko z cmentarną powagą oraz czyta bez zrozumienia, stąd też te słowa wyjaśnienia)