Home Z perspektywy Pasztecik kontra obwarzanek
Z perspektywy

Pasztecik kontra obwarzanek

178

Dla mnie, jako mieszkanki Szczecina, Kraków nigdy nie był pierwszym miejscem, o którym myślałam planując wakacje. Z uwagi na odległość, ale przede wszystkim czas podróży pociągiem, która trwa … ponad 9 godzin! Owszem, są też połączenia lotnicze, ale logistycznie łatwiej wsiąść w pociąg do Poznania, niż najpierw dostać się do Goleniowa, przebyć kontrolę osobistą, odbyć lot, a następnie jeszcze pokonać dystans Balice – Kraków. Teraz bywam w Krakowie raz w miesiącu i coraz lepiej poznaję oba miasta. Są tak różne.

 

Do Krakowa wybrałam się zaledwie raz i to jedynie z powodu mającego tam miejsce festiwalu muzycznego. Stąd, gdy moje plany zawodowe zmusiły mnie do tego, by raz w miesiącu przez tydzień mieszkać w Krakowie, byłam pełna obawy. Nie przed miastem, ale przed uciążliwą
podróżą właśnie. Jak się zaraz okaże, pobyt w Krakowie rekompensuje z nawiązką niedogodności dotarcia do niego. Zaznaczam, że zdecydowanie jestem lokalną patriotką. Urodzona, wychowana, wykształcona i pracująca w Szczecinie. Jednak zdrowa miłość bywa
czasami również krytyczna.

 

O typowo turystycznych atrakcjach pisać nie będę. Wie bowiem każdy o pięknej krakowskiej starówce, do której ta szczecińska nawet podbiegów robić nie może, o Wawelu, ziejącym ogniem smoku, Bazylice Mariackiej i Kopcu Kościuszki, etcetera. Choć przyznam, porównując jednak turystyczne sztampy – żadne bulwary, ani krakowskie, poznańskie czy warszawskie nie umywają się do tych szczecińskich. Nie mam tutaj żadnych wątpliwości.

 

Gastronomia to istotna część każdej mojej podróży, więc od tego zacznę. W tym aspekcie Kraków bije na głowę Szczecin pieruńsko – jak mawiają Krakusy. W Szczecinie restauracje inne niż chińska czy włoska zaczęły pojawiać się stosunkowo niedawno. Pomimo zauważalnego rozkwitu szczecińskich kulinariów, wciąż wypadamy blado. W Krakowie można wybrać nie tylko kuchnię z danego obszaru świata i udać się na tajski pad thai (mój aktualny faworyt: MOLAM – Thai Canteen & Bar), japoński ramen (Ramen People polecane jest przez samych Japończyków), bliskowschodni hummus (och, Mazaya), ale na dodatek można przebierać wśród knajp oferujących smakołyki. Można udać się w gastronomiczną podróż do tak odległych zakątków jak Nepal, Argentyna czy Hawaje. Znajdzie się również kuchnia afrykańska. Do wyboru, do koloru. W Szczecinie brak chociażby greckiego street foodu, jak pita czy souvlaki, z czym w Krakowie kłopotu nie ma. Ostatnio w Szczecinie zamknęły się też dwie meksykańskie knajpki (w tym moja ulubiona), pozostawiając nas raptem z jedną. Także wyboru nie ma, choć kolorowa to ona jest. Myśląc o Krakowie nie można zapominać także o licznych restauracjach żydowskich znajdujących się na przeurokliwym Kazimierzu, łączących dobre jedzenie z kulturą i historią.

 

Również w zakresie regionalnych drożdżowych klasyków, Kraków zdaje się wypadać lepiej. Zarówno krakowski obwarzanek, jak i szczeciński pasztecik zostały wpisane na listę produktów chronionych Unii Europejskiej. Choć osobiście wolę pasztecika, to mając na niego ochotę muszę się bardziej nagimnastykować niż chcąc kupić obwarzanka. Jeżeli wierzyć szybkiemu researchowi w Google, aktualnie w Szczecinie znajduje się raptem 10 miejsc, gdzie można zakupić ten drożdżowy przysmak. W Krakowie natomiast nie trzeba dostosowywać planu dnia pod zakup obwarzanka. Na każdym rogu dostrzec można mały niebieski kiosk oferujący właśnie obwarzanki. Są one tak częste, jak sklepy znanego małego, zielonego płaza. Punkty sprzedaży są niewielkie i mobilne – po zakończonym utargu odstawiane gdzieś na bok, często w krzaki. Ale biznes się ewidentnie kręci. Kupić je można właściwe też w większości piekarni. Również w centrach handlowych są, już nieco bardziej modne niż niebieski wagonik, stoiska z obwarzankami. A! I można dostać obwarzanka również w fikuśnej wersji – z malinami i białą czekoladą czy z bananem i Nutellą. Stąd „Gorący Precel” przypomina mi naszą „Starą Pączkarnię”. Kończąc o jedzeniu, gdyż Kraków to coś znacznie więcej, wspomnieć należy jeszcze o Niebieskiej Nysce, a konkretniej o kiełbasce z Niebieskiej Nyski. Prosty pomysł, który przyjął się bardzo. Pominę w tym miejscu dość ciekawą historię początku tego przedsięwzięcia, jak i fakt, że stało się ono inspiracją dla innych polskich miast, jak i dla samego Nowego Jorku. Dwóch znajomych rozstawia swoją niebieską Nysę oferując jedynie kiełbasę, do niej bułkę oraz oranżadę. Niebieska furgonetka działa codziennie, prócz niedziel, otwierając się dopiero o godzinie 20:00. Jeśli chcecie się załapać, przyjdźcie nieco wcześniej. Kolejki uformowane po kiełbę z rusztu zawstydzają te pod MOMA czy Luwrem. Proste? A działa. W Szczecinie nie dostrzegam podobnych przedsięwzięć, prostych pomysłów, niewymagających wielkiego budżetu przy starcie.

 

Niestety (choć może i stety, bo nie byłabym sobą, gdybym była kimś innym) ogólnie pojęta sztuka i kultura nie leżą w centrum moich zainteresowań. Jednak mimo to, Kraków mnie porwał i w tym aspekcie. Lista teatrów i muzeów, które już widziałam i które jeszcze chcę
zobaczyć, jest długa. W trakcie ostatniej wizyty udałam się do filii Muzeum Narodowego w Sukiennicach. Choć ekspozycja nie jest zbyt duża, to i tak znaleźć można kilka perełek, jak „Hołd Pruski”, „Dziewica Orleańska” czy „Wernyhora” Jana Matejki. Obrazy m.in. Piotra
Michałowskiego, Jacka Malczewskiego, Artura Grottgera, Józefa Chełmońskiego i Leona Wyczółkowskiego.

 

Duże wrażenie robi również Fabryka Emalia Oscara Schindlera. Choć nigdy nie interesowały mnie puszczane w muzeach krótkie filmy tematyczne, tutaj obejrzałam seans w całości. Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, Pracownia i Muzeum Witrażu, Muzeum
Bursztynu – to pierwsze, które przychodzą mi do głowy, gdy pomyślę o muzeum niepoświęconym sztuce czy historii. Nie można zapomnieć o MOCAK Muzeum Sztuki Współczesnej, które jest niestety tymczasowo zamknięte. Widać, że tematyka jest różnorodna, każdy znajdzie coś dla siebie. Nawet ja.

 

Jak widzę to w Szczecinie? Jest nuda. Szczecińskie Muzeum Narodowe kojarzy mi się z dużą ilością rzeźb, które jako wyraz sztuki zawsze były moim najmniej ulubionym. Jak ptaki w zoo. Filia przy Staromłyńskiej wcale nie lepsza. Brak jest także wspomnianych powyżej perełek,
gdzie taki laik jak ja zainteresowałby się wejściem jedynie ze względu na znany obraz lub chociażby dzieło znanego artysty. W ten właśnie sposób przyciągnęło mnie hamburskie „Kunsthalle” posiadające w swych zasobach „Wędrowca nad morzem mgły”.

 

Bardzo jestem natomiast dumna, że mamy Centrum Dialogu Przełomy, czyli muzeum poświęcone nieodległej historii Szczecina i Pomorza. Z kategorii „muzea inne” w Szczecinie mamy ciekawe Muzeum Techniki i Komunikacji, ale mimo, że bardzo się staram sobie przypomnieć, jest to raczej jedyne muzeum w tej kategorii. Więc podobnie jak przy gastronomii, Szczecin wypada raczej blado w porównaniu do Krakowa, choć jak zaznaczałam na wstępie, do ekspertki to mi w tym temacie daleko.

 

Oczarowało mnie wnętrze krakowskiego teatru im. Juliusza Słowackiego i już mam zakupiony bilet na spektakl w listopadzie, gdy znów będę w Krakowie. Nie wiedziałam na co się zdecydować. Wybór był szeroki, zarówno w zakresie repertuaru stałego, jak i wystąpień gościnnych. Koniecznie chcę pójść do teatru Bagatela, który położony jest przy plantach i urzekł mnie z jakiegoś powodu już samym wyglądem zewnątrz. Czuję bijącą od tego miejsca magię, niczym od starego, kameralnego, francuskiego kina. Nie umiem tego do końca wytłumaczyć. Krakowska koleżanka poleca Teatr Stary, który już wylądował na mojej liście. Choć szczecińskie teatry nie mogą poszczycić się widowiskowymi salami czy frontami (no, nie licząc Teatru Współczesnego przy Wałach Chrobrego) uważam, że niczego im nie brakuje. Może i nie ma na ich deskach znanych na całą Polskę twarzy i nazwisk, ale przecież nie o to chodzi. Repertuar również jest niczego sobie i bywa zróżnicowany. Tutaj oceniam stolicę zachodniopomorskiego i małopolskiego, może lekko kontrowersyjnie, ale ex aequo.

 

 

Puby, bary i rozrywka. Oj… tutaj miłość do Szczecina nie zamaskuje choćby w promilu przepaści, jaka dzieli nas od Krakowa. W Szczecinie, przepraszam, ale inaczej się nie da, mamy ten zapyziały deptak. Lokale co chwilę się zmieniają i nic na dłużej prócz niezmordowanej „Sety i Galerety” oraz „Prywatki” nie pozostaje. Wybór lokali jest niewielki, wszystkie utrzymane w bardzo podobnej konwencji, którą jest, po prostu, napicie się wódki. Jest jeszcze fatalnie skomunikowana Hala Odra. Mój faworyt „Czarny Kot” znajduje się z kolei kawałek od „rozrywkowego centrum” i trafiają do niego nieliczni. Szczególnie, że w jego okolicy innego lokalu nie ma. Podobnie „17 schodów”.

 

Kraków natomiast to zupełnie inna historia. Chcesz się poczuć jak w wiedźmińskiej karczmie? Odwiedź „Wilczy Dół”. Można uwarzyć swoją własną miksturę – zarówno alkoholową jak i bezalkoholową. Obsłuży Cię tematycznie ubrana karczmarka, a za wszystko możesz zapłacić dukatami, co wychodzi zawsze taniej, niż płacąc walutą polską. Bar w świątyni? No pewnie – jest Hevre, czyli bar w dawnej synagodze. Starodawne wnętrze tworzy niepowtarzalny klimat. Chcesz poczuć się jak w „Alicji w Krainie Czarów”? Nie ma problemu. Podążaj za
króliczymi łapami do ukrytego William Rabbit & CO.

 

Odpowiednik Hali Odry, czyli Forum Przestrzenie, znajduje się w nieporównywalnie lepszej lokalizacji, bowiem nieopodal Wawelu. Do tego „Schizofrenia”, „Alchemia” czy „Mleczarnia” o unikatowych, przytulnych wnętrzach. Bo w tego rodzaju rozrywkach, nie o samo spożywanie trunków chodzi. Choć jednocześnie w Krakowie typowych „mordowni” nie brakuje. Jest jeszcze „Shuvary Park”, połączenia wszystkiego co dobre i przyjemne. Letnie kino, zabawy sportowe, street food, piwa kraftowe. Można zorganizować piknik na kocu, tańczyć pod gwiazdami, poleżeć na leżaku, tak po prostu albo z drinkiem lub piwem. Można też aktywnie spędzić czas na grze w koszykówkę czy w ping ponga. W Szczecinie nie ma takiej przestrzeni, która przyciągnęłaby osoby w każdym wieku i z różnymi zainteresowaniami jednocześnie. Choć może, co najwyżej Hormon. Podsumowując – w życiu nocnym bardziej przekonuje mnie kultura jedzenia zapiekanek z „Okrąglaka”, niż frytbuły z MaKwaka i to mimo studenckiego sentymentu.

 

Ogólnie jest w Krakowie dużo sieciówek – tych bardziej, jak i tych mniej znanych. W Szczecinie nie zjemy w Max Burgers czy Falla i nie obkupimy się w Zara Home czy C&A. Cenię sobie wybór, stąd plus dla Krakowa. Jednocześnie w kontrze do sieciówek jest wiele małych i urokliwych pracowni rękodzieła, klimatyczne księgarnie, tematyczne kawiarnie (na przykład z królikami, które można głaskać popijając swoją latte). W rezultacie czujesz, że tu jest wszystko. Można poczuć się wielkomiejsko w jednej chwili, a w drugiej cofnąć się w czasie i umyślnie
zgubić między kamienicami. Podoba mi się ta miejska schizofrenia.

 

Nie czuję w Krakowie silenia się na wybicie ponad inne polskie miasta poprzez budowanie nowoczesnych drapaczy chmur. Doceniają to co mają. Wszystko aktualnie w Szczecinie budowane jest na jedno kopyto – odcienie szarości i szkło. Podoba mi się ta estetyka, nie jest tak, że nie. Choć mamy wiele równie pięknych i odrestaurowanych kamienic, to spacer między nimi bywa zwodniczy, gdyż można naciąć się na niejedną „truflę”. Na parterach znajdują się wyłącznie lokale usługowe. Brak magicznych sklepików voodoo, które są w Krakowie.

 

Czym byłoby miasto bez jego mieszkańców? Ludzie, to ważny element składający się na sumaryczną ocenę danego miasta. Przynajmniej dla mnie. Mam opinię, że poziom sympatyczności ludzi maleje wraz ze wzrostem powierzchni, ale i ogólnej atrakcyjności miasta. Jak można się wobec powyższego domyślić, potomkowie Lajkonika mili raczej nie są. Coś odburkną – jeśli w ogóle zwrócą na Ciebie uwagę. Już sama szansa zadania pytania o kierunek jest niewielka, szansa na uzyskanie odpowiedzi, niemal żadna. Obsługujący w sklepie czy restauracji zdają się być znudzeni, zniecierpliwieni. Nie wiem, czy to dlatego, że wiedzą w jakim pięknym mieście żyją i im woda sodowa uderzyła. Być może powodem jest brak sympatii do turystów, a ja mam wypisane na czole „GOJKA”. Tego naprawdę nie wiem.

 

Woda i powietrze również są jakościowo gorsze w Krakowie, niżeli w Szczecinie. Zawsze staram się być nawodniona i spożywać zalecaną dawkę dzienną wody. Jednak w małopolskiej stolicy czuję się niezależnie od wypitej wody sucha w środku, jak i na zewnątrz. Nawet woda pod prysznicem, jest jakby …sucha. Włosy po umyciu nie do okiełznania. Wiecznie chce mi się pić.

 

Podsumowując to przydługie porównanie. Zawsze można znaleźć wady i zalety każdego miejsca. Ja jednak zawsze z radością wracam do mojej wioski z tramwajami (jako szczecinianka z krwi i kości mogę tak mówić). Może to opary zachodniego dobrobytu, ale ludzie tutaj są autentycznie sympatyczni, uśmiechnięci. Jest to opinia także znajomych zza granicy odwiedzających Szczecin, więc coś na rzeczy być musi.

 

Julia Gnitecka Wachowicz

Powiązane artykuły

PolitykaZ perspektywy

Barwy kampanii (część 4): Prawie wszystko jasne

Jako Szczeciner, staramy się nie ekscytować polityką zanadto. W ten sposób mamy...

Felietony PolitykaZ perspektywy

Kampania ruszyła na dobre. Formowanie szyków

Jako Szczeciner, staramy się nie ekscytować polityką zanadto. W ten sposób mamy...

W regionieZ perspektywy

Adopcja księży i zakonnic? W Stargardzie to robią

Od Środy Popielcowej, w stargardzkim kościele pw. Św. Józefa, przez cały wielki...

Z perspektywy

Strażacy walczyli na uszkodzonym wale przeciwpowodziowym

Warunki pogodowe były bardzo złe i ratownicy ryzykowali własnym zdrowiem, by powstrzymać...