Nieregularny przewodnik po knajpach, daniach, trunkach i ciekawostkach kulinarnych Szczecina. Z tego cyklu Szczecinera, przed weekendem będziecie mogli dowiedzieć się , gdzie warto wpaść na szybkie co nieco, gdzie zaprowadzić gości, a gdzie zjeść obiad z rodziną. Miarą naszej rekomendacji będzie liczba małych Szczecinerów. Im ich więcej – tym bardziej warto.
Wiedziony rekomendacją zacnej osoby zaprosiłem kolegę do bufetu na domowe jedzenie. Ruch w lokalu spory, rotacja przy stolikach duża, a i znane persony zaglądają. Nadzieje były więc i na to, że solidnie pojemy.
W obiadowej porze zawitaliśmy do Hejkolandu – bufetu, jak nazwa wskazuje, zlokalizowanego przy ul. Leona Heyki 20a na szczecińskiej Kępie Parnickiej, w sąsiedztwie Hali Odra.
Sporo buduje się w okolicy, więc i klientów w lokalu dużo. Nie dziwi więc, że na stolik trzeba czasem chwilę poczekać. Wystrój raczej oszczędny – proste stoły i krzesła, bardziej barowo niż restauracyjnie. Nie dajcie się więc zwieść opisowi w internecie pt.: „restauracja z bufetem”.
Siadamy przy pierwszym wolnym stoliku. Na nim, jak za dawnych czasów na środku osamotniona stoi, zakupiona ze spożywczego przyprawa do wszystkiego i na wszystko, czyli buteleczka maggi z żółto-czerwoną nalepką, znaną większości z nas. „Bezkompromisowo” – pomyślałem. Jest tu albo bardzo dobrze – więc nie przejmują się detalami, albo wręcz przeciwnie – wiedzą, że klient przychodzi zjeść, zatem estetyka może zejść na drugi plan.
Po dania stajecie w kolejce do baru. Wybieracie z menu na ścianie, na którym widnieją nazwy dań i cena za gramaturę. Możecie więc załapać się na gulasz wieprzowy z kaszą, krupnik, kotlet z kurczaka, kotlet piastowski, ziemniaki z wody, surówki, kiszone ogórki. Menu typowo domowe. Więc ślinka cieknie w tej kolejce. Procedura zakupowa polega na tym, że wybieramy danie, Pani barmanka nakłada, waży i podaje Waszą cenę. Płacicie od razu, zabieracie danie do stolika i…
Czar prysł. Zamówiłem krupnik, na szczęście mały. Niestety okazał się wodnisty i bez smaku. Niezbędne okazało się użycie maggi – czarodziejskiej przyprawy w płynie, której jak wiecie – do dobrych dań nie stosuje się raczej. Nie będę więc rozpisywał się tu o najlepszym na świecie krupniku mojej teściowej, który jest gęsty, doprawiony, pełen warzyw i gotowanego mięsa – bo ten z Hejkolandu po prostu na takie porównania nie zasługuje. Na drugie zamówiliśmy odpowiednio kotlet z karkówki w panierce, ziemniaki z koperkiem i surówkę z młodej, zielonej kapusty. Kolega filet z kurczaka w panierce, ziemniaki i kiszone ogórki. I strzał drugi – całość tak i u mnie, jak i u kolegi letnia, a ziemniaki zimne. Masz ci los. A miało być tak pięknie, smacznie i po domowemu. Nic takiego tu jednak nie zaszło. Dokończyliśmy. Podyskutowaliśmy i zwolniliśmy stolik dla następnych smakoszy, którzy co rusz ustawiali się przy barze.
Sam nie wiem… ruch z jednej strony jest. Dużo klientów, wśród nich możecie spotkać znane osobistości z kręgów administracji rządowej, żeby nie powiedzieć, że i z samego rządu. Pochlebne opinie. Wszystko to nie zgrało się z jakością jedzenia, a tym bardziej serwisu. Można odnieść wrażenie, że opinia została trochę z dawnych czasów. A może liczba klientów z okolicy spowodowała, że w barze uznali, iż nie trzeba się już tak starać i jadą na starych ocenach. Jedno co się zgadzało z opowieściami na temat Hejkolandu to niskie ceny – dwudaniowy posiłek wyniósł mnie 25 zł 90 gr. Kolega zapłacił 23 zł. A Jeszcze gwoli sprawiedliwości — surówka z młodej kapusty była wybitna! Bardzo smaczna, świetnie zbalansowana kwaskowatość do słodkości, extra konsystencja bez nadmiaru soku, no i ta chrupkość. Tak, surówka zdecydowanie wygrała, a cena tylko 3.90 zł za porcję.
Podsumowując za ceny, koloryt i chrupkość surówki należą się maksymalnie dwa Szczecinery. Jeśli będziecie chcieli wpaść do Hejkolandu, to raczej w celach poznawczych, być może przy okazji Waszej wizyty będzie solidnej. Eksplorujcie. Ja mam to odkrycie za sobą.













