Home Kultura Sylwester Ostrowski, jakiego nie znacie. Szczeciński jazzman w bardzo szczerej rozmowie
Kultura

Sylwester Ostrowski, jakiego nie znacie. Szczeciński jazzman w bardzo szczerej rozmowie

1.1k

Życie jazzmana nie jest łatwe i już na starcie trzeba się z tym liczyć. Przeszkody, niekiedy frustracje i ciężka praca to elementy składowe bycia artystą. Jest też druga strona medalu. Podróże, fani i satysfakcja ze stworzenia czegoś swojego. O tym i o wielu innych historiach ze swojego życia, opowiada dyrektor artystyczny Szczecin Jazz Festiwal, Sylwester Ostrowski.

 

Punktem wyjścia niech będzie samo słowo „Jazz”, co ono dla Ciebie znaczy?

– Dla mnie to moja największa życiowa pasja. Mój tata grał amatorsko na saksofonie. Wraz z braćmi mieli zespół. W moim rodzinnym domu muzyka zawsze rozbrzmiewała, grali dziadkowie, babcia na perkusji, a dziadek na akordeonie. To byli amatorzy, którzy grali na weselach. Zawsze więc gdzieś ta muzyka na żywo była w moim domu. Ten kult muzyki, wyrastanie w przekonaniu, że bycie muzykiem to nobilitacja, że muzyk to jest ktoś. Z perspektywy lat wiem, że wcale nie musi to być prawda (śmiech). Muzyk to najtrudniejszy zawód świata. Bycie muzykiem jest przeznaczone dla pasjonatów, bo po tych wszystkich latach wiem, że jeśli chcesz być muzykiem, musisz być zahartowany. Nawet największe niepowodzenie nie może cię zrazić. Choćby twój największy autorytet powie ci, że grasz do bani, musisz iść dalej. W dążeniu do bycia artystą niezbędna jest pasja. Jeśli jej brakuje, lepiej pomyśleć o zmianie zawodu, żeby się nie sparzyć. Bo wspomniany „jazz” jest tą pasją, ale nie da się jej spełniać bez poświęcenia i ciężkiej pracy.

Mówiłeś o swojej rodzinie, o tym, że muzyka jest w Twoim życiu nieodzownym elementem. Jak zatem wyglądał Twój dom, pokój? Czy już wtedy byłeś zaprzyjaźniony z jazzem i cały pokój obklejony był plakatami Twoich idoli?

– Przede wszystkim z jazzem zaprzyjaźniłem się jak miałem 17 lat. Poszedłem na koncert do studenckiego klubu Pinokio, w którym były poniedziałki jazzowe. Tutaj, z tego miejsca chciałbym podziękować Przemkowi Bejsterowi, który całe lata prowadził ten cykl w latach 80 i 90. Dzięki niemu miałem okazję pierwszy raz usłyszeć jazz na żywo. To był koncert Zbigniewa Namysłowskiego. Pamiętam, że wyszedłem ze znajomymi na zewnątrz i już wiedziałem, że będę muzykiem. Co prawda byłem w szkole muzycznej i grałem na saksofonie. Jednak wtedy zrozumiałem, że to, co chcę grać, nazywa się jazz. Natomiast mój pokój wyglądał bardzo zwyczajnie. Zwykły pokój chłopaka z PRL-u. Plakatów było bardzo mało i nie było ich zbytnio, gdzie kupować. Pamiętam taki sklep na Jagiellońskiej, Leszek bodajże się nazywał. To było jedyne miejsce, gdzie można była znaleźć amerykańskie fajne rzeczy, jak plakaty czy kasety. Miałem może ze dwa plakaty, jednak nie byłem typem zbieracza. Nie miałem też takiej możliwość, bo pochodzę z biednej rodziny, więc mój pokój był bardzo przeciętny.

Twoja decyzja o tym, że będziesz grać, nie przestraszyła Twoich rodziców? Tak jak mówiłeś: to najtrudniejszy zawód świata. Przyjęli to optymistycznie?

– To, że ja chce grać, było już postanowione bardzo dawno temu. Tym bardziej, że w mojej rodzinie byli muzycy. Także wielkim zaskoczeniem to nie było. Już na etapie szkoły średniej zaczynałem, grając na przykład na weselach z kolegami w zespole „Fiesta”. To było ponad 30 lat temu. Trzeba było jakoś zaczynać swoją przygodę. Jednak rodzina rozumiała to i rozumie do teraz. Po tych wszystkich latach już trochę nie było wyboru (śmiech). Sam mam syna, który śpiewa i ma bardzo dobry głos. Jednak Sławek skończył tylko podstawówkę muzyczną, ale do muzycznego ogólniaka nie poszedł. Często bywa tak, że kończy zajęcia i jedzie na koncert. Nie ukrywam, że dla mnie uczy się rzeczy po prostu dla niego przydatnych, języków, matmy, itd. Jednak jeśli będzie chciał śpiewać zawodowo, jak najbardziej mu w tym pomogę. Znając jednak tę branżę, prawa, jakimi się rządzi, absolutnie go nie popycham.

Nie oczekujesz przejęcia pałeczki?

– Nie, a wręcz zostawiam to w takim „zawieszeniu”. Często powtarzam „synu masz czas, grajmy razem, ale nie spiesz się”. Jeśli już maiłby grać, śpiewać, chciałbym, żeby miał taki bodziec jak ja po koncercie Namysłowskiego. Nigdy go nie prowokowałem, żeby na przykład łapał za saksofon, choć kiedyś spróbował i wyszło całkiem nieźle. Wokal natomiast przyszedł u niego naturalnie. Ja na przykład złapałem za saksofon z racji, że był w moim rodzinnym domu. Nie było nawet pytania o to, na czym chce grać. Bo jeśli chciałem grać, to moi rodzice mogli zagwarantować mi saksofon. Choć na początku trochę walczyłem. W naszym środowisku mówi się, że sukces to kropla talentu i wiadro potu. Wiadro potu było na pewno, z tym talentem musiałbyś się zapytać osób, które mnie słuchają.

Na etapie wiadra potu były wątpliwości? Pierwsza wypłata i myśl, że może to miało wyglądać inaczej. Jak to u Ciebie było?

– Jak mantra będę powtarzał, że bycie muzykiem to najtrudniejszy zawód świata. Jeśli chcesz być zawodowym muzykiem, robić karierę, musisz być skrajnie zdeterminowany. To musi być sens życia, bez tego samozaparcia po pierwszej wypłacie można się poddać. Chociaż i tak jest lepiej niż kiedyś. Teraz działają różne instytucje, które pomagają na starcie. Kiedyś też nie byliśmy jako Polska w Unii, co również nie pomagało. Dzisiaj wszystkie możliwości wymian, stypendiów, kiedyś były abstrakcją. W latach 90 wyszedłem do kumpli na podwórko w Podjuchach i mówię „chcę jechać do Stanów”. Oczywiście zaczęli się śmiać, bo jak miałem się dostać do Stanów? Nie było internetu, żeby znaleźć takie stypendium, załatwić paszport. Oczywiście, to nie tak, że ich nie było w ogóle. Tylko wywieszano je w sekretariacie w Ministerstwa Kultury, że do przyszłej środy należy złożyć papiery. To było przeznaczone dla bardzo ograniczonego grona, podpiętego pod system władzy. A dzisiaj masz do tego większy dostęp. Mało tego, powstały wyspecjalizowane kierunki na studiach. Kiedy ja zaczynałem, kierunek jazzu był tylko w jednym miejscu w Polsce, w Katowicach. Dzisiaj w każdej uczelni masz już taki kierunek. Tylko to jest też ślepa uliczka, bo dalej liczba miejsc pracy dla muzyków jest ograniczona. Mimo poszerzenia oferty edukacyjnej nikt nie pomyślał co zrobić z absolwentami. Bo na uczelniach uczy się wiedzy o wysokich formach muzyki, a później jedyną formą zarobku jest granie eventowe, które i tak powoli umiera.

„One Voice”, Szczecin Jazz Festiwal, to wszystko Twoje dzieci. Masz chyba taką ciągutkę do bycia twórcą, organizatorem?

– Z natury jestem twórcą. Przez to też, że jestem jazzmanem i tworzenie, improwizacja są elementami mojej pracy, a przez to życia. Dla jazzmana improwizacja, szybkie działanie jest w ogóle bardzo ważne, bo działa na wielu przestrzeniach. Od muzyki do biznesu. Bardziej mnie interesuje tworzenie czegoś od zera, podstaw, niżeli zajmowanie się czymś, co już działa i stoi na własnych nogach. Z takich historii pamiętaj, jak jeździłem negocjować z byłym prezydentem Bronisławem Komorowskim elementy niezbędne do powstania Akademii Sztuki. Jak obejrzysz zdjęcia z inauguracji akademii w 2010 roku, to zobaczysz na scenie mnie, Billy’ego Harpera i Donalda Tuska. Także jak jazzman lubię działać, tworzyć, robić coś wartościowego.

Specjalnie omijam temat ulubionej płyty czy autora, żeby jednak ten fokus skupiał się na Tobie. Tym samym co mówisz przez swoją sztukę, granie? Jaką opowiadasz historię?

– Przede wszystkim historię chłopaka z Podjuch, z biednego domu, który tak bardzo chciał grać, że to mu się udało. Moja kariera muzyczna to opowieść o tym, że nie ma rzeczy niemożliwych. W latach 90 jak stałem na rogu Marmurowej i Metalowej, to zapowiadałem kumplom, że chce pojechać do Stanów. Oni oczywiście pytali, czy zrobię podkop, pójdę w lewo, prawo, czy może górą? (śmiech) A jednak pojechałem do Stanów. Byłem tam wielokrotnie i grałem w Nowym Jorku w Blue Note i Jazz at Lincoln Center. 

Wysłałeś znajomym pocztówki?

– Tak (śmiech). Później byłem już wielokrotnie. I widzisz, jest ten element spełnienia, odhaczenia życiowych celów. Tak samo cały czas się staram, aby moja muzyka przetrwała próbę czasu. To jest równie ważne. Tak jak wspominamy na przykład twórczość Tuwima. Sztuka ma sens jak jest trwała na lata. Znałem wiele osób, które genialnie grały, ale nie pozostawili po sobie tego śladu. I to jest ogromna strata. Bo goniąc za pieniędzmi, wymogami komercyjnego świata możesz zgubić ten sens artysty. Musisz stworzyć jako artysta dzieło, które będzie twoim dorobkiem, spuścizną. To jest najistotniejsze, bo jeśli ci się nie uda bycie artystą, zmieni się w bycie rzemieślnikiem. Wykonawcą zawodu w celach zarobkowych. Po to, żeby zapłacić podatki i utrzymać rodzinę. To też jest okay, a nawet jest to bardzo ważne. Ale po to jesteś artystą, żeby zostawić coś po sobie dla ludzi.

Powiązane artykuły

Felietony Kultura

Głośnia, Marcin i taadaam!

Czwartkowy wieczór, Piwnica Kany. Wchodzę w gronie znajomych. Wewnątrz kilkanaście osób krząta...

AktualnościKulturaLifestyle

To będzie niesamowity weekend! Oto najciekawsze wydarzenia na 19-21 kwietnia

  Weekend zbliża się wielkimi krokami. Sprawdźmy, jakie są najciekawsze propozycje na...

Kultura

Szczecińskie kryminały podbijają miasto. Już niebawem ciekawe spotkanie z pisarzami

Już w przyszły w piątek, 26 kwietnia 2024 roku, o godzinie 17.00...

Kultura

„Okrętowiec na Wulkanie”-projekcja filmu Marka Osajdy i Marka Klasy

Jutro w Książnicy Pomorskiej odbędzie się projekcja filmu poświęconego prof. Eugeniuszowi Skrzymowskiemu,...