Home Kultura „Poczet Książąt Pomorskich”, czyli o nowej książce Macieja Strączyńskiego i ilustracjach Sylwii Godowskiej
KulturaHistoriaRozmowy

„Poczet Książąt Pomorskich”, czyli o nowej książce Macieja Strączyńskiego i ilustracjach Sylwii Godowskiej

2k

Gryfici to nieodłączny element szczecińskiej historii, ale i kultury w ogóle. Jednak nie mieli oni swojego miejsca i przez wielu zostali zapomniani bądź w ogóle nieznani. Światło na Gryfitów rzuca w swojej nowej książce Maciej Strączyński. Uznany sędzia i pisarz wraz z malarką i wykładowczynią Sylwią Godowską, na nowo przedstawiają historię Gryfitów w nadchodzącej książce „Poczet Książąt Pomorskich”. Ukazują aż 50 władców historycznego Pomorza. 

 

Zacznijmy może od tego, co było punktem wyjścia. Od kiedy za tobą chodziło Macieju, żeby napisać taką książkę, gdzie i kiedy był impuls?

Maciej Strączyński: Hmmm, powodem było to, że nie było takiej książki nigdy w historii. Pomorze zaczęło „za mną chodzić”, gdy byłem jeszcze studentem. Będąc w Warszawie na studiach, bo nie było jeszcze w Szczecinie uniwersytetu, tęskniłem za Szczecinem i domem. Szukałem wszystkiego, co tylko mogłem znaleźć o Pomorzu, w licznych warszawskich antykwariatach było łatwiej i tak naprawdę dopiero wtedy zacząłem poznawać jego historię. Czułem, że szukam czegoś „mojego, naszego”. Gdy dopadłem zbiór legend „W krainie Gryfitów”, była to dla mnie największa radość. Nareszcie coś naszego! Nie gdzieś tam z Polski, tylko nasze – pomorskie, choć część tych tekstów to była typowa „lipa” z XX wieku. Takie miałem podejście do tego tematu. Natomiast tak naprawdę możliwość napisania czegoś takiego jak poczet otworzyła się dopiero wtedy, gdy pojawił się na porządną skalę Internet. Byłem w stanie dojść do dużej ilości informacji na przykład z Niemiec czy nawet Anglii. W Polsce źródeł jest za mało. Wiele informacji uzyskałem właśnie przez rozwój Internetu i dzięki dużej ilości zdigitalizowanych dzieł z bibliotek w języku niemieckim czy angielskim. Problem w tym, że nigdy nie przetłumaczonych na polski. Uznałem, że da się już napisać o naszej historii coś w pełni kompletnego. Dotychczas najpełniej opisywał Gryfitów profesor Edward Rymar, który wydał np. wspaniale napisany „Rodowód książąt pomorskich”. Tylko że profesor Rymar, który nie pisze w sposób popularnonaukowy, ograniczył się do genealogii. Nie ma tam więc życiorysów, natomiast był to taki szkielet o każdym księciu; profesor opisał szczegółowo, kto czyim był ojcem, czyim był synem, jaką miał rodzinę. Oczywiście to dzieło profesora Rymara była materiałem ważnym, ale wstępnym. Należało obudować te dane wiedzą historyczną, uzyskaną ze wszystkich możliwych źródeł i dodać do tego pewną narrację. Zależało mi na stworzeniu pocztu, a to było pisanie praktycznie od zera, na nowo. I nie było to łatwe, bo na przykład „po niemieckiej stronie” też nigdy pocztu książąt pomorskich nie napisano, choć były materiały dostępne w większej ilości. U nas było parę publikacji, ale nikt nie zajął się książętami w sposób kompleksowy, aby opisać nie tylko ich genealogię, ale i historię, a poza tym oddać pewną uczciwość w opisaniu ich biogramów. Bez uznawania, że są „za mało polscy”, obcy, nieważni, co powodowało, że niejednokrotnie zakłamywano rzeczywistość.

Waszym zadaniem więc jest przede wszystkim odejść od pewnej formuły „historii w pigułce”. Żeby w formie książki historycznej z przerzutem na tekst popularnonaukowy, dojść do czytelników typu „przeciętny zjadacz chleba”. Więc „Poczet Książąt Pomorskich”…

Maciej Strączyński: Wystrzegam się używanego w Polsce propagandowego zwrotu „Pomorze Zachodnie”. Pomorze jest tylko tu, tam są Kaszuby. Tu jest jedyne Pomorze. To jest niepopularne, ale prawdziwe dlatego, że ziemia gdańska, kaszubska czy pogranicze Kujaw tylko w Polsce nazywane są Pomorzem, poszerza się znaczenie tej nazwy. Wymyślono nawet „województwo kujawsko-pomorskie”. A przecież Kaszuby nigdy nie były samodzielnym państwem, a nasze Pomorze było. Podobnie istnieje Macedonia grecka i niepodległa Macedonia, z przyczyn politycznych nazwana Północną. To jest tego rodzaju spór. Cały świat „Pomorzem” nazywał tylko to Pomorze, które od 1945 r. Polacy nazywają Zachodnim. Ono na wschodzie kończy się na Bytowie, Lęborku i Łebie. A dalej jest już historyczna Polska (śmiech).

 Nie ukrywam, że przy tej rozmowie przechodzę ekspresową lekcję historii i geografii. Zjedźmy trochę na inny tor i powiedzcie mi, jak w ogóle zaczęła się wasza współpracę. Jak się poznaliście i jak doszło do tego, że nie tylko przeczytamy, ale i zobaczymy aż 50 postaci. 

Maciej Strączyński: Poznaliśmy się w ten sposób, że wiedziałem, iż aby stworzyć „Poczet Książąt Pomorskich”, ktoś musi ich namalować. Czytelnika w księgarni nie przyciągnie sam tekst, chce zobaczyć wizerunek, portret wabi oko. Zacząłem szukać kogoś kto jest artystą-malarzem, kto jest w stanie coś takiego zrobić. Prezydent Szczecina skierował mnie do Akademii Sztuki, do dziekana wydziału malarstwa i nowych mediów, a profesor Kamil Kuskowski od razu powiedział: Sylwia Godowska.

Sylwia Godowska: Było to duże zaskoczenie, z dziekanem na co dzień nie współpracuję, chociaż znamy się i widział moją wystawę. Zadzwonił do mnie i powiedział, że jest taki pan, który właśnie pisze książkę o książętach pomorskich. Przeraziła mnie ta ilość 50 portretów, ale pomyślałam – to świetna sprawa. Później mieliśmy okazję się poznać i jakoś ta obawa przed ilością pracy się zmniejszyła.

Jak już mieliście to pierwsze spotkanie i ustaliliście, że „dobra 50 obrazów, zgadzasz się? Tak zgadzam”, to jak zaczęliście obudowywać, oblekać te postacie? Macieju, jako autor, szukałaś informacji, czasami ich nie znalazłeś i trzeba było stworzyć postać do obrazu. Wygląd i charakterystykę. Jak to wyglądało?

Maciej Strączyński: Pisanie zacząłem od genealogii. Zacząłem wszystkie rozdziały naraz, wpisując w nich fragmenty opisujące, kiedy i gdzie książę się urodził, kiedy się ożenił, skąd pochodziła jego żona, jakie mieli dzieci, jakie były potem ich życiowe losy. To był taki schemat, na którym budowałem każdy rozdział. Potem zaczęło się szukanie wszystkich źródeł i po kolei obudowywanie każdej postaci jej życiorysem, ściąganym skądkolwiek się da. Najpierw z polskich źródeł pisanych, potem z wydobywanych z internetu. Zbierałem informacje i uzupełniałem brakujące miejsca i luki, konfrontując to z jeszcze innymi materiałami, aby nie popełnić gafy. Trafiałem na te same wydarzenia w różnych źródłach, więc uważałem, by się nie powtarzać. A wygląd książąt? Ten żył długo, ma być na portrecie stary, ten żył krótko, ma być młody. Wojownik z mieczem, prawodawca z dokumentem, korsarz przy rumplu żaglowca. O jednym wiemy, że był wysoki, o innym, że niewielki. A o innym z wyglądu nic.

Sylwio, kiedy nagle dostajesz wytyczne, że już mamy „obudowany szkielet”, od czego rozpoczęłaś swoją pracę?

Sylwia Godowska: Maciej podesłał mi wizerunki tych, którzy już „istnieli”, że tak powiem. Istniały ich jakieś portrety. Miałam więc taką bazę wyjściową. Na przykład miałam portrety z okresu młodości, czy z późniejszych lat panowania danego Gryfity. Na ich podstawie zaczęłam coś w ogóle robić. To co dzisiaj robię, porównując z tym co wcześniej było, to zupełnie inna bajka. Było tak, że gdy już te teksty powstawały, Maciej podsyłał mi na bieżąco różne materiały, niezbędne do obrazów. Dostawałam opis związany ze znakami szczególnymi, elementami, które powinny mieć dane postacie i różne takie rzeczy, które się z nimi wiązały. One mi pomagały na przykład określić wiek, w którym dany Gryfita był najbardziej prężny jako władca. Czy krótko, czy długo żył. To, co było mi potrzebne, Maciej na bieżąco mi dosyłał, żebym mogła sobie tę postać wyobrazić. Na początku nie czytałam tekstów, tylko próbowałam znaleźć jakiś system, bo bazowałam na istniejących wizerunkach, malowałam ich tak, jak oni byli przedstawiani. A później trzeba było malować w „klimacie Matejki”, tworząc twarze postaci na podstawie mojej wyobraźni, tekstów i twarzy modeli. Czuję jednak, że jest mi łatwiej, gdy mam wykreować postać bez tego poprzedniego bagażu, istniejącego wizerunku.

 A nie czujesz takiej presji, że właśnie musisz stworzyć postać od nowa, że masz tylko wytyczne i nie bazujesz w dużym stopniu na tym co istnieje? Bądź co bądź, gdyby nie zebrane materiały w postaci tekstów czy opisów, mogłoby być dosyć trudno?

Sylwia Godowska: W pewnym sensie jest to taka interpretacja. Nawet najbardziej dokładne i wiarygodne odtworzenie w oparciu o materiały i teksty, zawsze będzie formą interpretacji. Moja profesor malarstwa Elżbieta Wasyłyk powiedziałaby nawet, że impresją, gdy ja jako malarka mogę trochę sama „pokombinować”. Zwracam uwagę na konkretne elementy i rzeczy. Na przykład ubiór, przydomek, kolor włosów czy oczu. Muszę starać się, żeby postać na obrazie była jak w opisie i odpowiadała istniejącym materiałom i przekazom. Jednocześnie staram się wejść w system z wykorzystaniem tych portretów, które są i przedstawiają Gryfitów. Istniejące obrazy były malowane w różnych okresach i przez różnych artystów. Sprowadzam je do wspólnego, jednolitego wyglądu. Bo to nie był stylistyczny cykl, a ja właśnie taki chcę uzyskać.

Maciej Strączyński: Często mówimy z Sylwią o tzw. szukaniu gadżetu. Na przykład Eryk Skandynawski jest namalowany w naszej książce w koronie. O co chodzi? Na wszystkich portretach, które istnieją, a jest ich trochę, sportretowany jest bez korony. U nas musiał ją mieć z racji, że był jedynym królem w całej dynastii. Skąd więc korona? Wykorzystaliśmy wygląd korony jego pradziadka, bo wiadomo, że Eryk nosił koronę królów Danii. A dzięki wizerunkowi jego pradziadka z koroną, mieliśmy możliwość uzupełnienia tego elementu.

Czyli to jest taka zagadka, którą musicie też rozwiązać jako autorzy. Dojść do tych wszystkich tajemnic. Teraz trochę banalne pytanie, ale moim zdaniem też istotne. Jak wam się razem pracuje? Mówicie o współpracy, wymianie materiałów, ale mamy tak naprawdę zderzenie  postaci pisarza, sędziego i malarki-artystki. Różne wizje, podejścia. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo to co jest na papierze nie zawsze będzie idealnie odwzorowane na płótnie. Nie ma u was w ogóle takich zgrzytów? Mówicie jednym głosem i dogadujecie? 

Maciej Strączyński: Wychodzę z założenia, że od malowania są malarze. Ja mogę powiedzieć, co z historycznego punktu widzenia ma znaczenie. Wspomnieć o detalach i powiedzieć: „Sylwio, odwróć gryfa, bo jest głową nie w tę stronę”. A istotną kwestią jest, w którą stronę gryf jest zwrócony, w lewo czy w prawo na tarczy. To ma znaczenie, ale moje „wtręty” dotyczą faktów, a nie tego, jak przedstawić postać, bo nie od tego jestem.

Zmieńmy trochę temat i „pogdybajmy”. Czy Gryfici na przestrzeni czasu, naprawdę byli aż tak niedoceniani z względów historycznych, i w Polsce i za granicą? 

Maciej Strączyński: Byli. W latach siedemdziesiątych Zygmunt Boras, polski historyk napisał książkę „Książęta Pomorza Zachodniego”, gdzie opisał kilkunastu Gryfitów. Potem stopniowo w drugim i trzecim wydaniu ją poszerzył, doszedł do 17 książąt. Jednak opisywał ich z bardzo polskiego punktu widzenia, szukał usilnie związków z Polską, na przykład mowy nie było, żeby u niego znalazł się władca zachodniej tylko części, która obecnie należy do Niemiec. Ci się dla niego nie liczyli. Wolał tych ze Słupska, na przykład Kazimierza IV zwanego Kaźkiem, bo był on wnukiem Kazimierza Wielkiego. Boras pozwolił sobie na przykład na takie stwierdzenie, moim zdaniem bardzo niesprawiedliwe: „Poza Bogusławem X ród Gryfitów nie wydał z siebie władców wybitnych”. Bogusława X Wielkiego polska historia poważa zresztą nie za to, jakim był władcą, ale dlatego, że był mężem Anny, córki króla Kazimierza Jagiellończyka. A inni? Przeczytajmy sobie życiorys Barnima III Wielkiego, który gdzie nie ruszył z mieczem, tam tłukł Niemców i był niesłychanie skuteczny politycznie. Jego bliskim przyjacielem był cesarz Karol IV Luksemburski, ten związany z Pragą, do którego Czesi wręcz się modlą jako do swojego ulubionego władcy. Albo Racibor, słynny morski zdobywca, który doprowadził do tego, że nikt nie śmiał z nim zadrzeć. Wyczynami na morzu tak wszystkich przestraszył, że każdy bał się go ruszyć, a na lądzie po prostu dopisało mu szczęście i stał się całkowicie niezależnym władcą, nikt nawet nie próbował mu zwierzchnictwa narzucić. Więc jak można było powiedzieć, że nie było innych wybitnych władców Pomorza?

Sylwia Godowska: Jakby ktoś czarną postać chciał opisać, to Barnim VI Korsarz jest nietuzinkową postacią, chociaż wzorem moralności nie był. Ale można byłoby o nim cały film nakręcić, jaki to był niezwykły gość.

Maciej Strączyński: Gryfici są niedoceniani również dlatego, że zarówno dla Niemców, jak i dla Polaków oni nie są „nasi”. Każdy był postrzegany jako jakieś tam małe książątko, którego księstwo należało „zjednoczyć” z naszą ziemią. Ładne słowo. Putin chce „zjednoczyć” Ukrainę z Rosją.

Bo przecież macie tutaj mix niesamowitych postaci, od władców, którzy rządzili krócej do władców którzy rządzili dłużej. Korsarzy, wojowników jadących na krucjaty. Przecież to jest… chciałem powiedzieć materiał na książkę (śmiech). Moim zdaniem to jest odczarowywanie historii, czy to jest ciężkie i wiecie z czym się mierzycie?

Maciej Strączyński:  M: „Wyszedłem z założenia, jeśli chodzi o tekst, że nie będę się oglądał na to, co powiedzą o tym historycy. Piszę jako Pomorzanin. Nie jestem jedynym nie-historykiem, który tak pisze. Był taki facet, który nazywał się Edward Rudzki. Był to lekarz, profesor nauk medycznych, a pisał tego typu książki, zwłaszcza o kobietach, w tym polskich królowych. Pisał nie będąc historykiem. Nie oglądał się na to, co powie historyk-naukowiec. Nie można pisać wbrew historii, bo to muszą być fakty, ale widzę porównując źródła na przykład niemieckie i polskie, omawiające ten sam temat, jak kto ciągnie historię w swoją stronę.  Bo co na przykład mnie osobiście, gdy pisałem, rozbroiło. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku wydano pod redakcją Gerarda Labudy, znanego profesora historii, który między innymi Pomorzem się zajmował, wielkie dzieło pod tytułem „Historia Pomorza”. 10 wielkich ksiąg, bo niby są to cztery tomy, ale każdy w dwóch-trzech częściach. O Pomorzu? Nie! O Polsce! O Krzyżakach czy Warmii wszystkiego się dowiemy, choć te ziemie to przecież nie Pomorze. A o naszym Pomorzu z czasów niepodległości jest tak naprawdę może pół jednego tomu, w tym o Pomorzu zaodrzańskim, należącym dziś do Niemiec, nic. Są bardzo liczni książęta pomorscy, których imiona w tej historii, rzekomo Pomorza, ani razu nie padły. Po prostu w tamtych latach się o Gryfitach nie mówiło.

 Czyli tam była większa przyjaźń, że tak powiem, z Kaszubami?

Maciej Strączyński: Tego się zupełnie nie da porównać dlatego, że Kaszuby, księstwo gdańskie było samodzielne zaledwie przez 100 lat, i to w okresie największego rozbicia dzielnicowego Polski, gdy Bolesław Krzywousty wymyślił „grę w seniorat”, jak to jak nazwał jeden z satyryków. Kiedy cała Polska była rozbita, przez krótki czas ziemia gdańska też była osobnym księstwem. Zakończyło ono swój byt jeszcze przed panowaniem Władysława Łokietka. A nasze Pomorze, niby Zachodnie, to zupełnie inna bajka. Przed podziałem Polski, gdy panował Krzywousty, nie było częścią jego ziem. On je podbijał, napadał. To nie była Polska. Tzw. Pomorze Gdańskie było częścią Polski i wydzieliło się tylko na skutek podziałów dzielnicowych, natomiast nasze Pomorze to było osobne państwo.

Rozmawialiśmy o tym, że musieliście poszukać informacji do książki, żeby znaleźć te rzeczy które nie ułatwiło znaleźć u nas, na rodzinnym rynku. W takim razie, czy więcej można znaleźć o Gryfitach w Szwecji, w Niemczech, czy tak jak rozmawialiśmy, oni też niekoniecznie chcą tych Gryfitów, bo nie wiadomo w końcu, czyi oni są?

Maciej Strączyński: W Szwecji nie, dlatego, że oni mieli tylko dwa razy w swojej historii kontakt z Gryfitami. Pierwszy raz, kiedy królem Szwecji był Eryk Skandynawski, nasz książę pomorski, a drugi raz, gdy już pod sam koniec żywota dynastii król Gustaw II Adolf najechał w czasie wojny trzydziestoletniej Pomorze. Przy tym był to i tak nie najstraszniejszy dla Pomorza najazd, bo Szwedzi przegnali cesarską armię niemiecką, brutalnych rabusiów. Natomiast niemieckie źródła to co innego, tam jest dużo danych o Gryfitach. Gryfici u nich figurują we wszystkich zbiorach biografii niemieckich, niekoniecznie wszyscy, ale gdy się wejdzie w niemieckie strony o historii, to dużo się znajdzie. Oczywiście oni opisują Gryfitów ze swojego punktu widzenia, który jest mocno inny niż polskich historyków, jeśli polski historyk w ogóle napisze coś o Gryficie. Są więc takie dane, które znalazłem tylko w źródłach niemieckich, a w polskich ich nie było.

Próbowałem się dowiedzieć przez to, że jest multum opinii, ale nikt nie wie do końca dlaczego, skąd znalazł się w herbie Pomorza Zachodniego gryf?

Maciej Strączyński: Faktycznie nikt nie wie. Wiadomo kiedy się pojawił, natomiast nie wiadomo, skąd go wytrzaśnięto, ale to jest znany stwór herbowy. Wiemy, którzy Gryfici pierwsi używali gryfa. Najprawdopodobniej, choć nie ma co do tego stuprocentowej pewności, pierwszym Gryfitą, który użył gryfa był trzeci władca, Bogusław I Uznamski. Sylwia to oddała na portrecie. Obaj jego synowie już gryfa używali, więc zapewne on też używał gryfa, ale skąd go wziął, nie jest wiadome. Bogusław Uznamski panował na Pomorzu w latach 1156-1187. Dokładnie opisana historia Pomorza zaczyna się wcześniej, od roku 1119, wtedy panował Warcisław I Wyznawca,  a w Polsce Bolesław Krzywousty. Od tego momentu dopiero znamy kolejnych władców Pomorza.

 Kiedy w ogóle będzie można kupić waszą książkę albo ją zobaczyć?

Sylwia Godowska: Planowo wiosną. Jesteśmy na etapie „składania” książki albo po prostu Maciej czeka na moje obrazy (śmiech). Tekst jest już gotowy, pozostało tylko mi dokończyć kilka obrazów. Tych „najgorszych” czyli najtrudniejszych.

 Ile zajmuje namalowanie, po pierwsze postaci, która gdzieś istnieje w eterze, a druga sprawa, ile wymaga namalowanie postaci której nie ma, którą trzeba stworzyć? 

Sylwia Godowska: Wbrew pozorom namalowanie Gryfity, który już był sportretowany, wymaga bardzo dużo czasu, czasami więcej niż tego „nowego”. Tak jak wspominałam, muszę precyzyjnie wziąć pod uwagę wszystko co jest, to zajmuje do kilku dni czasami, a „nowego” namaluję w ciągu dwóch dni. Liczę sobie, że jak tygodniowo uda mi się od początku do końca zrobić dwa obrazy, przy czym cały czas pracuję jako wykładowczyni, to jest super, ale czasem mam i lepsze okresy. Na przykład przy kończeniu dwóch nowych postaci, znajdę czas na dokończenie starszego. Zaczętego, ale przez natłok pracy, zostawionego na później.

 To jeszcze takie  pytanie związane bezpośrednio z malarstwem. Jaką techniką malujesz swoje obrazy?

Sylwia Godowska: To jest akryl na kartonie, który jest pokryty wstępnie również akrylem jako podkładem. Jest to taki typowy architektoniczny karton, który formatem odpowiadać powinien formatowi książki, a będzie ona nieco większa niż A4, troszeczkę szersza, niekonwencjonalna. Same portrety są malowane dokładnie w formacie A3, czyli są trochę większe, tak żebym mogła jakiś szczegół uwidocznić. Później są odpowiednio skanowane i przenoszone do książki.

 

Fragment wstępu:

Kto upomni się o władców, którzy „swoich” historyków i malarzy już nie mają? W takiej właśnie sytuacji są Gryfici. Gdy rozpoczęto nowoczesne opisywanie historii, Pomorze należało do Niemiec, Niemcy pisali jego historię, ukazywali je jako niemieckie i starali się zatrzeć fakt, że był to kraj słowiański. Po II wojnie światowej Pomorze w dwóch trzecich przypadło Polsce. Zatem obowiązywała wersja o „piastowskich ziemiach”, zamki nazywano „piastowskimi”, a władców Pomorza – Piastami. Wmawiano czytelnikom, że książęta pomorscy byli lennikami Polski. Język pomorski nazywano polskim. O Polsce pisano tylko dobrze, pomijając wszystko, co o niej źle świadczyło.

Do tej propagandy nie pasowała prawda o Gryfitach. Nie mówiono o nich, nie wspominano. Wykreślano z pamięci nawet tych, którzy mieli wielkie zasługi dla Pomorza. Dziś już o Gryfitach się mówi, zwłaszcza na Pomorzu. Książek o Gryfitach przeznaczonych dla zwykłego miłośnika historii jednak nie znajdziemy. Lata płyną, a władcy Pomorza nie doczekali się pocztu, który by ukazał ich dzisiejszym Pomorzanom. Nawet ci, którzy o Gryfitach pisali, nie mieli do nich większej atencji. Ani dla niemieckich, ani dla polskich historyków książęta pomorscy nie byli „nasi”.  

Chcemy uzupełnić istniejącą od wielu lat lukę. Oddajemy więc czytelnikom pierwszy pełny Poczet Książąt Pomorskich. Będzie też można książąt zobaczyć. O wielu Gryfitach wiemy, jak wyglądali. Istnieją portrety tych, którzy panowali od połowy XV w. Spośród wcześniejszych sportretowano tylko nielicznych. Cóż, Jan Matejko nie miał fotografii Bolesława Chrobrego czy Władysława Łokietka, a jednak ich sportretował i nikt mu tego nie ma za złe. O niejednym księciu wiemy zresztą na tyle dużo, aby można było oddać na portrecie jego szczególne cechy. 

Ten poczet jest dla zwykłych czytelników, żeby zobaczyli i poznali Naszych Książąt. I żeby pokochali przynajmniej niektórych tak, jak Polacy historycznie kochają Kazimierza Wielkiego, Władysława Jagiełłę czy Jana Sobieskiego. By uznali Gryfitów za swoich.

 

Otton I Ojciec Ubogich

 

Barnim III Wielki

Powiązane artykuły

Felietony Kultura

Głośnia, Marcin i taadaam!

Czwartkowy wieczór, Piwnica Kany. Wchodzę w gronie znajomych. Wewnątrz kilkanaście osób krząta...

AktualnościKulturaLifestyle

To będzie niesamowity weekend! Oto najciekawsze wydarzenia na 19-21 kwietnia

  Weekend zbliża się wielkimi krokami. Sprawdźmy, jakie są najciekawsze propozycje na...

Kultura

Szczecińskie kryminały podbijają miasto. Już niebawem ciekawe spotkanie z pisarzami

Już w przyszły w piątek, 26 kwietnia 2024 roku, o godzinie 17.00...

Kultura

„Okrętowiec na Wulkanie”-projekcja filmu Marka Osajdy i Marka Klasy

Jutro w Książnicy Pomorskiej odbędzie się projekcja filmu poświęconego prof. Eugeniuszowi Skrzymowskiemu,...