Na pierwszy rzut oka – ideał. Ławka, jak z katalogu: świeżo odmalowana, stabilna, z wygodnym oparciem. Ustawiona w miejscu, które aż prosi się o chwilę odpoczynku. A jednak, gdy już na niej usiądziesz, okazuje się, że zamiast podziwiać taflę jeziora, sielski pejzaż Dziewoklicza czy odbijające się w wodzie niebo – patrzysz w… trzciny.
Gęste, wysokie, bujne. Zielona ściana, przez którą nie widać nic. Stojąc obok – nie widać jeziora. Siadając – widać jeszcze mniej. Nie ma mowy o panoramie, nie ma błysku wody. Jest tylko natura, która szczelnie zasłania wszystko inne. Natura – tak. Widok – żaden.
Czy to nowy pomysł na miejską medytację? Siedzieć i zastanawiać się, co mogłoby być po drugiej stronie? Może to celowe. Może ktoś zaprojektował to jako „Ławkę refleksji nad przeszkodą” – taką, co zachęca do filozoficznej zadumy. Albo raczej test: ilu spacerowiczów usiądzie i będzie udawać, że wszystko jest w porządku?
Ten przypadek to niemal symboliczna opowieść o tym, jak często w przestrzeni publicznej coś „prawie” działa. „Prawie” spełnia swoją funkcję. Jak wiele jest obiektów, które wyglądają jak rozwiązanie, ale są jedynie estetyczną ramką do problemu, którego nikt nie chciał dotknąć.
Można się śmiać. Można kręcić głową. Ale można też usiąść. Zamyślić się. Wsłuchać się w szelest trzcin – i może po raz pierwszy naprawdę go usłyszeć. A jeśli to nie był zamysł projektanta? Cóż. I tak dobrze się siedzi. Byle nie za długo. Komary.












