Sobotni wieczór w Szczecinie. Miasto żyje sportem. Kibice w barwach Pogoni zmierzają na stadion, fani futsalu zajmują miejsca na trybunach, a ci spragnieni adrenaliny czekają na pierwsze ciosy na Gali Hardcore Fighters. Piłka nożna, futsal, MMA, boks – dla kibiców to pasja, dla zawodników chleb powszedni.
A dla nas? Dla tych, które czekają?
Nie znajdziecie nas na pierwszych stronach gazet, nie usłyszycie naszego nazwiska w komentarzach sportowych. Ale to my, żony, narzeczone, dziewczyny, jesteśmy tym cichym wsparciem. Tym, które nie mrugają, gdy on skacze do główki, tym, które wstrzymują oddech, gdy rywal wyprowadza cios. Tym, które trzymają kciuki, choć tak naprawdę najbardziej na świecie chcą, żeby po prostu wrócił do domu – cały i zdrowy.
Gdy on gra, ja liczę siniaki
Na stadionie trwa hit Ekstraklasy: Pogoń Szczecin kontra Lech Poznań. Tysiące kibiców śpiewa, komentatorzy analizują taktykę, a ona? Ona siedzi w domu i patrzy na ekran. Wie, że nie da się uniknąć fauli, że futbol to sport kontaktowy, ale wciąż łapie się na tym, że liczy każde przewrócenie, każde starcie.
Czy boli? Pewnie, że tak. Ale on nie napisze, nie zadzwoni. Ona po meczu się dowie. „Jest ok, trochę bolało, ale nic wielkiego.” Jasne. Powiedz to kolanom, które od miesiąca są w kolorach tęczy.
Gala Hardcore Fighters – czyli nie patrzę, ale widzę
Jestem przekonana, że każda partnerka zawodnika MMA przechodzi te same etapy emocji. Najpierw mówisz: Nie będę tego oglądać. Potem jednak siadasz i oglądasz – przez palce. I w końcu, gdy on wchodzi do klatki, jesteś spięta bardziej niż on.
On mówi, że to tylko sport, ale ja wiem swoje. Tam nie ma piłki do odbioru, nie ma taktyki obronnej, tam jest tylko on i rywal, który chce go powalić. I ja, która patrzę, jak jego twarz obrywa pierwszym ciosem.
Czy to się kiedyś przyzwyczaja? Pewnie tak. Ale nie dziś.
Kim jesteśmy?
Nie nosimy klubowych barw, ale jesteśmy ich częścią. Ich tarczą, gdy nie są na boisku, w ringu czy na parkiecie. To my dbamy, żeby mieli zdrowy posiłek, przypominamy o wizytach u fizjoterapeuty, masujemy zmęczone mięśnie, słuchamy, jak przeżywają porażkę.
Dzisiaj Szczecin żyje sportem. Kibice krzyczą, komentatorzy analizują, a my? My po prostu czekamy.
Z lodem w zamrażarce, apteczką w szafce i nadzieją, że tym razem nie wróci z rozciętą skórą, podbitym okiem albo… złamanym sercem.












