Wczorajsze spotkanie mieszkańców Kościna i okolic w sprawie budowy żwirowni było burzliwe. „Będziemy walczyć do upadłego” – zapowiadają protestujący. Na sali w Szkole Podstawowej w Dołujach zabrakło jednego głosu. Nie odezwał się żaden proboszcz. Nie stawił się żaden przedstawiciel kurii. A to właśnie Kościół – w osobach 19 parafii będących właścicielami gruntów – jest stroną, bez której zgody planowana żwirownia w Gminie Dobra w ogóle by nie powstała.
Jak ujawnił podczas spotkania z mieszkańcami prawnik reprezentujący Gminę Dobra, działki, na których ma powstać budząca ogromny sprzeciw inwestycja, należą do 19 parafii. To m.in. parafia we Wołczkowie czy ze szczecińskiego Osowa. Grunty te są dziś dzierżawione lub wynajmowane inwestorowi. To oznacza jedno: bez podpisu kościelnego zarządcy majątku – proboszcza, dziekana czy odpowiedniej instytucji diecezjalnej – żaden inwestor nie postawiłby tam nogi.
Skoro ziemia jest już oddana w ręce firmy planującej wydobycie kruszywa, to trudno zakładać, że stoi ona odłogiem. Prace geologiczne – w tym odwierty rozpoznawcze, których wykonanie jest standardowym i koniecznym etapem poprzedzającym dokumentowanie złoża – to naturalna konsekwencja takiej umowy. Innymi słowy: to bardzo prawdopodobne, że na ziemi, która z założenia ma służyć celom kościelnym (religijnym), teraz wiercą się otwory pod przyszłą kopalnię odkrywkową – i chce zrobić na tym biznes. Kościelny właściciel, podpisując umowę dzierżawy pod tego rodzaju przedsięwzięcie, doskonale wiedział, po co ta ziemia jest potrzebna – żwirownia nie bierze się znikąd, cel dzierżawy był jasny od pierwszego dnia negocjacji.
Cisza, która mówi wiele o kościele
Mieszkańcy przyszli na spotkanie z pytaniami. Chcieli wiedzieć, dlaczego w ich sąsiedztwie ma powstać inwestycja, która – jak wynika z wcześniejszych doniesień – zagraża lokalnym zasobom wody i budzi obawy o degradację środowiska. Nie doczekali się jednak nikogo, kto mógłby wytłumaczyć, dlaczego to właśnie kościelna ziemia stała się fundamentem tego projektu.
Żaden proboszcz. Żaden przedstawiciel archidiecezji. Żadnego oficjalnego stanowiska. Kościół, który na co dzień z ambony przypomina wiernym o trosce o „wspólny dom” i odpowiedzialności za stworzenie, w chwili, gdy jego własna decyzja budzi niepokój całej okolicy – po prostu zniknął z pola widzenia. To milczenie jest tym bardziej wymowne, że nie ujawniono również, ile parafie dostają za wynajem tej ziemi. Mieszkańcy nie znają kwot. Nie wiedzą, czy transakcja przynosi parafiom realne korzyści finansowe, czy grosze niewspółmierne do skali niedogodności, jakie inwestycja przyniesie całej wspólnocie lokalnej. Brak tej informacji nie jest przypadkiem – to konsekwentna strategia unikania odpowiedzi.
Czy parafia miała formalne prawo wydzierżawić swoją ziemię – oczywiście, że miała. Chodzi o coś więcej: o to, czy instytucja, która rości sobie prawo do moralnego autorytetu w sprawach wspólnoty, konsultowała tę decyzję z ludźmi, którzy będą żyć w sąsiedztwie kopalni odkrywkowej. Odpowiedź brzmi: nie. Zanim ktokolwiek z parafian dowiedział się o planach, kościół katolicki porozumiał sie z inwestorem. Zanim mieszkańcy zdążyli zapytać „dlaczego akurat tu?”, zapadły decyzje o robieniu biznesu na tym terenie. A kiedy przyszedł czas na publiczne wyjaśnienia – proboszczowie się nie pojawili.
Kościół, który oczekuje od wiernych zaufania, sam powinien być pierwszym, który to zaufanie szanuje – tłumacząc się z decyzji dotyczących majątku powierzonego mu przez pokolenia parafian. Tymczasem mieszkańcy Dołuj, Kościna i okolic wciąż nie usłyszeli ani słowa wyjaśnienia od właścicieli gruntów, którzy zgodzili się oddać ziemię pod inwestycję mogącą zmienić ich okolicę na dekady.
Wysłaliśmy pytania do rzecznika prasowego Kurii Szczecińsko-Kamieńskiej. Do sprawy będziemy powracać.