Czy miasto może karać kierowców za parkowanie tam, gdzie formalnie nie oferuje im żadnej usługi parkowania? Rzecznik Praw Obywatelskich twierdzi, że nie. I właśnie dlatego w Szczecinie wybuchł spór, który trafia na drogę sądową i może mieć znaczenie dla całego kraju. Chodzi o to, w jaki sposób Rada Miasta skonstruowała przepisy regulujące parkowanie na Starym Mieście oraz o to, czy uchwalone rozwiązania nie wyszły poza granice prawa.
Na obszarze Starego Miasta w Szczecinie od lat obowiązuje szczególny porządek parkowania funkcjonujący w ramach strefy zamieszkania. W dni robocze, w wyznaczonych godzinach, kierowcy mają obowiązek wykupienia biletu za postój na oznaczonych miejscach postojowych i pozostawienia go w widocznym miejscu za szybą. Sam fakt pobierania opłat nie jest jednak głównym przedmiotem sporu. Kontrowersje dotyczą tzw. opłat dodatkowych, które miasto nalicza nie tylko w przypadku braku biletu, ale również wtedy, gdy samochód zostanie pozostawiony poza wyznaczonym miejscem postojowym.
To właśnie ta konstrukcja — zdaniem Rzecznika Praw Obywatelskich — może być bezprawna. RPO uważa, że rada gminy mogła przekroczyć swoje kompetencje, wprowadzając rozwiązania o charakterze represyjnym, choć nazwane „opłatą”. W ocenie rzecznika sytuacja, w której kierowca zostaje obciążony kwotą nie za skorzystanie z miejsca postojowego, lecz za pozostawienie samochodu poza nim, nie jest opłatą za usługę. Jest to w praktyce sankcja finansowa, która ma odstraszać i karać, a więc działa dokładnie jak kara pieniężna.
Tu pojawia się kluczowy problem prawny, na który RPO zwraca uwagę: samorząd może nakładać opłaty tylko wtedy, gdy ma do tego wyraźną podstawę w przepisach rangi ustawowej. Rada miasta nie ma dowolności w tworzeniu sankcji finansowych, nawet jeśli chce w ten sposób „zdyscyplinować” kierowców i uporządkować przestrzeń. Jeśli opłata dodatkowa jest w rzeczywistości karą, to musi wynikać z ustawy, a nie z lokalnego regulaminu. A według RPO takiej podstawy w szczecińskich przepisach zabrakło.
Wątpliwości rzecznika pogłębia jeszcze jeden element: sposób, w jaki miasto uzasadnia system pobierania opłat. Regulamin opiera się na założeniu, że w momencie zajęcia miejsca postojowego dochodzi do powstania relacji podobnej do umowy cywilnoprawnej między kierowcą a gminą. Jednak RPO podkreśla, że gmina nie jest prywatnym podmiotem świadczącym usługi, tylko organem władzy publicznej. Władza publiczna nie powinna konstruować sankcji w oparciu o mechanizmy charakterystyczne dla relacji prywatnoprawnych, zwłaszcza gdy dotyczy to pobierania pieniędzy od obywateli.
W praktyce sytuacja wygląda prosto: kierowca zostaje obciążony kwotą nie dlatego, że nie zapłacił za legalny postój w wyznaczonym miejscu, lecz dlatego, że stanął tam, gdzie postój nie jest wyznaczony. A skoro miejsce nie było wyznaczone, trudno mówić o świadczeniu usługi parkowania. To w ocenie RPO oznacza, że opłata dodatkowa nie jest opłatą „za parkowanie”, tylko pieniężną karą za naruszenie zasad organizacji ruchu. A to kompetencja, której rada miasta nie może sobie przyznać uchwałą.
Na ten moment przepisy w Szczecinie nadal obowiązują, a kierowcy muszą liczyć się z naliczaniem opłat dodatkowych. Jednak sprawa trafiła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego i jej finał może przynieść istotne konsekwencje. Jeśli sąd przyzna rację RPO, zakwestionowane zapisy mogą zostać unieważnione, co oznaczałoby, że Szczecin będzie musiał zmienić zasady obowiązujące na Starym Mieście. Co więcej, podobne mechanizmy działają w różnych miastach w Polsce, dlatego rozstrzygnięcie może otworzyć drogę do kwestionowania uchwał także w innych samorządach.
Sprawa pokazuje też coś jeszcze: jak cienka jest granica między opłatą publiczną a karą pieniężną oraz jak łatwo samorządom wpaść w pułapkę „dobrej intencji”. Porządek w centrum miasta to realna potrzeba mieszkańców, ale nawet najlepszy cel nie uzasadnia działań bez podstawy prawnej. Jeśli rada miasta przyjęła rozwiązanie, które w praktyce działa jak sankcja, a nie jak opłata za usługę, to można mówić o błędzie legislacyjnym, który teraz wraca jak bumerang — już nie jako problem parkowania, lecz jako test dla praworządności w samorządach.












