Home Felietony  Wędka, wiatr i trzech „prawie” wędkarzy
Felietony 

Wędka, wiatr i trzech „prawie” wędkarzy

575
wędka, wiatr i trzech „prawie” wędkarzy
fot. arch. PAP/Patrick Pleul

Kiedy kobieta decyduje się wyruszyć na ryby ze swoim partnerem i jego kolegami, powinna najpierw zadać sobie jedno, fundamentalne pytanie: czy ja naprawdę wiem, na co się piszę? Ja go nie zadałam…

Założyłam, że to będzie spokojna, choć mało ekscytująca wyprawa – kilka godzin nad wodą, może jedna rybka, odrobina nudy. Jak się później okazało, byłam zdecydowanie zbyt optymistyczna.

Postanowiłam podejść do tematu profesjonalnie. Jako osoba przezorna i dobrze wychowana przez życie, spakowałam wszystko, co mogłoby się przydać: koc, chusteczki (suche i mokre – wiadomo, życie potrafi zaskoczyć), napój witaminowy (na zdrowie), przekąski udające śniadanie, dodatkowe skarpetki i spray na komary. Survival w wersji light. Gotowa na wszystko.

Organizację wyjazdu pozostawiłam mojej drugiej połówce i jego dwóm kompanom. W końcu to ich świat – ja tylko go odwiedzam. Naiwnie.

Pobudka o 4:30 rano. Nie żartuję – czwarta trzydzieści. Świt był tak senny, że w drodze na miejsce jedno moje oko jeszcze spało. Panowie – w stanie „rześkości alternatywnej” – zabrali tylko wędki, telefon i torbę pełną akcesoriów o nazwach brzmiących jak zaklęcia z taniego podręcznika do magii: skrętliki, pływaki, przypony. Ja czekałam na termos z kawą. Nie doczekałam się.

Na miejscu byliśmy o szóstej. Do siódmej wszyscy marzliśmy, bo żaden z moich towarzyszy nie wpadł na pomysł, by sprawdzić prognozę pogody. Wiatr hulał jak na Bałtyku, ręce grabiały z zimna, a ryby – jakby doskonale świadome naszej obecności – zignorowały wszystkie dramatyczne próby kontaktu. Jedyny „połów” tej wyprawy? Wiedza, że przy dużym wietrze raczej się nie łowi. Oczywiście zrozumieli to dopiero w drodze powrotnej, trzęsąc się z zimna jak osikowe liście.

Wnioski? Po pierwsze – ryby miały więcej rozsądku niż my i po prostu nie przyszły na ten event. Po drugie – organizację takich wyjazdów lepiej jednak brać w swoje ręce. Po trzecie – to, co miało być spokojnym dniem wśród natury, potrafi zmienić się w test cierpliwości, tolerancji i własnego poczucia humoru.

Ale nie żałuję. Bo nic tak nie łączy, jak wspólne marznięcie w ciszy.

Powiązane artykuły

flecista, metal czy disco polo?
Felietony 

Flecista, metal czy disco polo?

Niewykluczone, że w stolicy Pomorza Zachodniego zorganizowany zostanie niedługo kolejny głośny konkurs...

monika lesner
Felietony 

„Dla mnie i tak jesteś najlepszy, ale…”, czyli od presji do depresji

„Bo stać go na więcej”, „Gdybym nie wiedziała, że ma taki potencjał,...

skok stulecia, czyli historia smakowitej zbrodni
Felietony 

Skok stulecia, czyli historia smakowitej zbrodni

Kilka dni temu doszło do prawdziwego „skoku stulecia” na Pomorzu Zachodnim. Będą...

włamała się do domu po… słoik fasolki. część zjadła na miejscu
Felietony 

Włamała się do domu po… słoik fasolki. Część zjadła na miejscu

Są przestępstwa, które przechodzą do historii kryminalistyki. Są też takie, które trafiają...