Po głośnym incydencie w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 1 PUM w Szczecinie placówka przerywa milczenie. W emocjonalnym oświadczeniu pracownicy odpowiadają na falę komentarzy i zarzutów, które pojawiły się po tym, jak 75-letni pacjent zdemolował część oddziału. „To nie był człowiek pozostawiony bez pomocy. To nie była historia o wielogodzinnym oczekiwaniu” – podkreślają.
Od piątkowego wieczoru temat zniszczeń na szczecińskim SOR-ze wywołuje ogromne emocje. W internecie pojawiły się setki komentarzy. Wielu internautów próbowało tłumaczyć zachowanie pacjenta rzekomo długim czasem oczekiwania na pomoc. Szpital stanowczo odpiera te zarzuty.
„Nie siedział godzinami na korytarzu”
Jak podkreślają przedstawiciele USK-1 PUM, pacjent nie był osobą pozostawioną bez opieki.
– Ten konkretny pacjent nie siedział przez wiele godzin na korytarzu. Nie czekał w kolejce do triażu. Nie został pozostawiony bez pomocy. Został przywieziony karetką ze względu na stan zagrożenia zdrowia i znajdował się pod opieką personelu medycznego – informuje szpital.
Placówka przyznaje, że początkowo nie zamierzała publicznie komentować sprawy. Decyzja o wydaniu oświadczenia zapadła dopiero po ogromnym zainteresowaniu mediów i lawinie internetowych opinii.
„Agresja wobec personelu to codzienność”
Choć skala zniszczeń była wyjątkowa, personel przyznaje, że sama agresja pacjentów nie jest niczym nadzwyczajnym.
– Agresja słowna i fizyczna wobec personelu medycznego, szczególnie na SOR-ze, nie jest czymś wyjątkowym. Jest czymś, z czym nasi pracownicy często się mierzą. Zbyt często – podkreślają medycy.
To właśnie ten aspekt sprawy szpital uznaje za najbardziej niepokojący. Jak wskazują pracownicy, społeczeństwo najczęściej widzi jedynie krótki fragment zdarzenia, nie mając świadomości realiów pracy oddziału ratunkowego.
W opublikowanym stanowisku szpital ujawnia, że podczas incydentu na oddziale przebywało około 40 pacjentów. W tym samym czasie personel walczył o życie osób w stanie bezpośredniego zagrożenia życia. Wśród nich był pacjent z ciężkim urazem czaszkowo-mózgowym i masywnym krwotokiem oraz osoba po świeżym udarze mózgu przygotowywana do pilnej trombektomii.
– Dla tych ludzi liczyły się minuty. Część zespołu zabezpieczała pacjentów, część ratowała życie najciężej chorych, a część próbowała opanować sytuację kilka metrów dalej – opisują pracownicy SOR-u.
„Dlaczego nie powstrzymali go wcześniej?”. To jedno z najczęściej zadawanych pytań po ujawnieniu informacji o zniszczeniach. Szpital odpowiada wprost: w sytuacji kryzysowej priorytetem zawsze jest człowiek. – Najpierw bezpieczeństwo pacjentów, potem bezpieczeństwo personelu, a dopiero na końcu sprzęt – przypominają medycy.
Jak podkreślają, stan chorego może zmienić się gwałtownie i nieprzewidywalnie. Pacjent jeszcze chwilę wcześniej może być spokojny, współpracować z personelem, a po kilku minutach całkowicie stracić kontrolę nad swoim zachowaniem.
„Lekarz też ma prawo napić się kawy”
W swoim wpisie pracownicy odnieśli się również do często powtarzanych zarzutów dotyczących personelu medycznego.
– Tak, lekarz czasami pije kawę. Tak, pielęgniarka czasami je kanapkę. Tak, ratownik czasem wypije wodę. I to dobrze – czytamy w oświadczeniu.
Medycy przypominają, że osoby podejmujące decyzje dotyczące ludzkiego życia i zdrowia nie są maszynami. – Kilka minut na łyk kawy nie oznacza braku pracy. Często oznacza próbę zebrania sił przed kolejną walką o czyjeś życie – podkreślają.
Zniszczony sprzęt to nie tylko straty finansowe. Szpital zwraca uwagę, że skutki piątkowego incydentu wykraczają daleko poza koszty napraw. Uszkodzone zostały stanowiska wykorzystywane do leczenia najciężej chorych pacjentów. Każde wyłączone z użytkowania urządzenie oznacza mniejsze możliwości udzielania pomocy kolejnym osobom trafiającym na SOR.
– Nie znika kawałek wyposażenia. Znika możliwość udzielenia pomocy komuś, kto może walczyć o życie – zaznaczają pracownicy.
„Spróbujcie spojrzeć na to z drugiej strony”
Na zakończenie swojego stanowiska medycy apelują o większe zrozumienie dla realiów pracy szpitalnych oddziałów ratunkowych.
Nie twierdzą, że system ochrony zdrowia jest idealny ani że błędy się nie zdarzają. Chcą jednak, by przed wydaniem kolejnego osądu społeczeństwo pamiętało, że za drzwiami SOR-u każdego dnia rozgrywają się dramaty, których pacjenci i ich bliscy często nie widzą.
– Bardzo często za drzwiami Szpitalnego Oddziału Ratunkowego dzieją się rzeczy, których po prostu nie widać. A ludzie, których tak łatwo ocenić jednym komentarzem, od wielu godzin próbują zrobić wszystko, by uratować kolejnego człowieka – podsumowuje szczeciński szpital.