Nieregularny przewodnik po knajpach, daniach, trunkach i ciekawostkach kulinarnych Szczecina. Z tego cyklu Szczecinera, przed weekendem będziecie mogli dowiedzieć się , gdzie warto wpaść na szybkie co nieco, gdzie zaprowadzić gości, a gdzie zjeść obiad z rodziną. Miarą naszej rekomendacji będzie liczba małych Szczecinerów. Im ich więcej – tym bardziej warto.
Zgodnie z tradycją w Wielki Piątek obowiązuje post ścisły. Oznacza to, że raz tylko można zjeść tego dnia do syta. Skoro tak, dobrze aby ten jeden posiłek wart był umartwienia. W ten sposób rozumując zdecydowałem się na Zakotwiczonego. Fanom owoców morza nie trzeba tłumaczyć. W Szczecinie jest to jedno z najlepszych miejsc z rybną kuchnią.
Zakotwiczony „Oysters & More” mieści się na placu Zamenhofa na rogu ulic Monte Cassino i Jagiellońskiej. Jadałem tam już wcześniej, więc mogę polecać niemal wszystko, warto jednak wpaść i spróbować samodzielnie.
Z racji postnych praktyk, tym razem ograniczam się do jednego, ale za to jak mawia mistrz Makłowicz – „emblematycznego” dania tej restauracji czyli bułki ze śledziem, a właściwie z matjasem. Dlaczego to danie może uchodzić za tak ważne w menu Zakotwiczonego? Otóż kuchnia, serwis, atmosfera tego lokalu wywodzą się ze street foodowego nurtu. Kiedyś pod szyldem „Zakotwiczony” funkcjonował food track, od którego cała restauracja dzisiejsza wzięła początek. Niech Was nie zmyli ten historyczny wątek, ponieważ Zakotwiczony wprowadziwszy się na półpiętro secesyjnej kamienicy przy pl. Zamenhofa, stworzył wyjątkową restaurację, w której połączono atmosferę, bezpośredniość i otwartość wyjęte z ulicznej kultury jedzenia, z restauracyjną jakością, dbałością o szczegóły, wyrafinowanymi daniami i gotowaniem na poziomie.
Lokal urządzony jest minimalistycznie, ze smakiem. Jest to więc zatem trochę restauracja, w której skosztujecie ostryg, dostaniecie dobre wino, a kelnerzy opowiedzą Wam o smakach i doradzą co do czego pasuje, ale znajdziecie tu także otwartą na salę kuchnię, obsługę bez zadęcia, przełamującą bariery w rozmowie klientami – słowem restauracja z nutą luzu wynikającego jak sądzę z tożsamościowego dla tego miejsca street foodu.
Dość filozofowania, przejdźmy do jedzenia. Przed nami – przedświątecznie spotykamy się z kolegą – na brązowych talerzach, w papierowej kopercie wybrandowanej Zakotwiczonym lądują dwie „Bułki Matjas”, tak oficjalnie nazywa się to danie w karcie. Do tego prosimy wodę i tu wchodzi ten restauracyjny sznyt, woda w karafce i szklanki z grubo ciętego szkła.
Tutejsza bułka ze śledziem ma swój styl. Nie jest to typowa „niemiecka” biała bułka ze śledziem i cebulą w środku – co może stanowić jakiś problem dla ortodoksyjnych wielbicieli tego dania. W Zakotwiczonym dostaniecie brioszkę, przekrojoną na pół, od środka podgrilowaną, z liściem sałaty, sosem (zdaje się, że koperkowym), marynowaną cebulą i dwoma solidnymi kawałkami matjasa. Sam widok jest pyszny. Zjadamy bez sztućców, jak je się burgera, lekko ociekającego sosem, ale za to w restauracyjnym anturażu, przy stoliku, z przyjazną i profesjonalną obsługą.
Całość naszej dwuosobowej uczty wyniosła 59 zł (po 20 zł za bułkę z matjasem i 19 zł za litr wody w karafce). Oczywiście możecie zaszaleć zamawiając na przykład Ostrygę Irlandzką (sztuka za 19 zł, 6 sztuk za 108 zł, a tuzin za 209 zł), do tego Risotto z kałamarnicą za 76 zł albo Kałamarnicę z ziemniaczkami i grillowaną papryką za 89 zł.
Mają też zupy – rybnej posmakujecie za 39 zł, a zupę wegetariańską dostaniecie za 25 zł oraz klasykę czyli fish&chips (panierowane kawałki ryb, frytki, sos tatarski) w cenie 59 zł. Jak na lokal z owocami morza przystało, serwują też krewetki w sosie maślano-winnym (osiem sztuk) za 89 zł oraz mule w maślano-winnym za 69 zł, do obu dań dodają bagietkę. Dla tych, co ze smakami morza są na bakier, w menu znajdują się także mięsne pozycje tj. tatar wołowy za 49 zł albo antrykot w sosie z czerwonego wina z puree i sezonowymi warzywami (139 zł). Do każdego z dań kelnerzy dobiorą Wam wino i tutaj, jeśli nie macie swoich ulubionych win, radzę zdać się na obsługę, bo dobrze doradzają.
Podsumowując, przyznaję trzy Szczecinery. Lokal zdecydowanie wart odwiedzenia, podobnie jak bułka z matjasem zjedzenia – dla mnie to jedno z ulubionych dań na szybko. Lubię tam też dłuższe posiedzenia z mulami i białym winem. Szczególnie przypadła mi do gustu atmosfera tego miejsca, świadomie pomyślanego, dobrze obsługiwanego. Wiem, że niektórym gościom takie bezpośrednie podejście nie zawsze pasuje, ale ja nie mam z tym problemu, dlatego lubię do Zakotwiczonego wracać.
Na koniec łyżeczka dziegciu – bywa, że dania zdarzają się nierówne, takie opinie słyszałem, a i mnie zdarzyło się zjeść przeciągniętego dorsza, mimo że był polecany. W całości jednak, z mojego punktu widzenia, są to drobiazgi, dlatego pytany o fajne lokale w Szczecinie nadal z czystym sumieniem polecam Zakotwiczonego.

