Nieregularny przewodnik po knajpach, daniach, trunkach i ciekawostkach kulinarnych Szczecina. Z tego cyklu Szczecinera, przed weekendem będziecie mogli dowiedzieć się , gdzie warto wpaść na szybkie co nieco, gdzie zaprowadzić gości, a gdzie zjeść obiad z rodziną. Miarą naszej rekomendacji będzie liczba małych Szczecinerów. Im ich więcej – tym bardziej warto.
To obecnie podobno najbardziej pożądany lokal w Szczecinie. Tak głosi internet, a ruch zdaje się to potwierdzać. Sichuan znany smakoszom kuchni orientalnej rezydował kiedyś przy ul. Kaszubskiej, teraz przeniósł się na ul. Sienną, na nieco większe przestrzenie.
Zjawiamy się o godz. 13.00, czyli chwilę po otwarciu. W tym czasie możemy jeszcze wybrać miejsce. Jednak chwilę później, może po kwadransie lokal zapełnia się, a z każdą minutą przybywa osób. Ciekawe – jest środek tygodnia, a nie żaden turystyczny weekend.
Siadamy koło okna, przy jednym z tych stolików, przy których możecie zrobić Hot Pota, czyli samodzielnie ugotować sobie dania w gorącym, stale podgrzewanym bulionie. Jak później usłyszałem, to właśnie dzięki tej ofercie lokal jest tak lubiany przez szczecinian i gości, po prostu jest teraz moda na te Hot Poty, a po naszemu – gorące kociołki. Jeśli ktoś kiedyś praktykował fondue, to wie o co chodzi. My tym razem nie mieliśmy czasu na delektowanie się ucztą z kociołka. Gdyż… po obiedzie wracamy do zajęć. Tak więc zupełnie bez sensu zablokowaliśmy komuś Hot Pot stolik, za co gorąco przepraszam.
Szybko pojawia się dynamiczna Pani kelnerka. Właściwie mam wrażenie, że towarzyszy nam od samego wejścia, doradzając gdzie powiesić kurtkę, wskazując, służąc radą. Pani jest bardzo dobrze przygotowana i z pasją wyjaśni Wam wszelkie zawiłości serwowanych w Sichuanie dań. Do tego, co warte podkreślenia, karta jest krótka. Jak wiadomo – dobrze świadczy o kucharzu, bo nie trzeba robić wiele, wystarczy zrobić coś naprawdę dobrze.
Wracając do menu, znajdziecie tam pięć starterów, a właściwie pełnowymiarowych dań na zimno, pięć starterów na ciepło, trzy zupy, cztery dania z woka, cztery z wody, czyli pierożki i kluski oraz dwa desery. Do tego zestaw do przyrządzenia w kociołku, czyli ichniejszy Hot Pot z dwoma bulionami, mięsami, owocami morza, mięsnymi kulkami, dodatkami (świeży makaron/tofu) oraz warzywami i grzybami, a także sosami. Taki dwuosobowy zestaw wyceniony jest na 289 zł.
Nasza uczta zaczyna się od zup: mojej Lanzhou z wołowiną za 42 zł i kolegi kantońskiej zupy z pieczonej kaczki z wontonami w cenie 49 zł. Zupy przybywają w miseczkach pod przykryciem, parujące i gorące. Pytam kolegi “i jak?”. Na co słyszę niezwykle precyzyjną recenzję: „właściwie to wszystkie chińskie zupy smakują mi taka samo”. No masz! Musiałem spróbować sam.
To, co trzeba wiedzieć o zupie kantońskiej z kaczki serwowanej w tej restauracji, to dwie rzeczy – znajdziecie w niej fajne duże wontony z mięsem kaczki oraz to, że jest nieco słodkawa, ja nie lubię takich smaków, a Wy to już sami najlepiej wiecie. Moja Lanzhou (nazwa pochodzi od nazwy miasta w chińskiej prowincji Gansu) jest bardziej konwencjonalna, to znaczy, że jeśli ktoś lubi rameny, zapewne dobrze odnajdzie się w klimacie tego bulionu z wołowiną.
Warto dodać trzy uwagi: zupa Lanzhou jest po pierwsze ostra, po drugie tłusta – oleista, po trzecie trzeba ją dobrze wymieszać ponieważ na dnie znajdują się „wołowinowe farfocle” – Pani kelnerka użyła tu fachowej nazwy – które tworzą świetną sycącą zawiesinę. Generalnie oceniam wysoko tę pikantną, tłustą zupkę. Godna polecenia, na niedzielne śniadanie po intensywnej sobotniej nocy.
Chwilę po zjedzeniu zup na stół trafiają dania główne, czyli: krewetki kung pao za 52 zł dla mnie, wraz z sałatką z ogórka (23 zł). Kolega zamówił wołowinę po mongolsku (41 zł) i sałatkę z kalarepy cenie sałaty z ogórka. Ja domawiam jeszcze ryż jaśminowy za 12 zł, który w tej restauracji podają z olejem lnianym – oryginalnie, ale i smacznie.
Zanim przejdę do smaków, chcę podzielić się uwagą – otóż kuchnia syczuańska ma opinię ultra pikantnej wśród rodzajów chińskiego jedzenia. Z tego też powodu postanowiłem nie oszczędzać się i w lokalu pod banderą Sichuan uraczyć się takim właśnie ostrym jedzeniem. Ryż i woda przydają się zdecydowanie.
Same potrawy było dobre. Ostre, ale dobre: krewetki w intensywnym zarówno w barwie, jak i smaku sosie koreańskim, z sezamem, opływającą sosem papryką oraz z orzeszkami ziemnymi. Całość pomarańczowa – jakby samym kolorem miała przestrzegać niedoświadczonych. Do tego sałatka z ogórka i tu powiem Wam, mam wątpliwości. Sałatka w słonej w zalewie z sosu sojowego i octu, słone ogórki, a całość potraktowana pieprzem syczuańskim. Zbyt mocne to dla mnie, zbyt słone, za ostre, a może źle dobrałem te ogórki do pikantnych krewetek, nie wiem.
Sałatka z kalarepy, choć też pikantna (z olejem chilli i pastą do doubanjiang, z fermentowanego bobu i chilli) mimo wszystko była smaczniejsza, bardziej wytrawna. Na pewno lepiej łagodziła pikanterię dań.
Co do wołowiny po mongolsku – kolega we właściwym sobie oszczędnym tonie stwierdził, że jakoś go nie urzekła, ale on jest nieobiektywny, bo sam przyrządza w domu wołowinę na tysiąc sposobów, a takiego jak wiadomo trudno zaskoczyć. Ja też się nie wypowiem, ponieważ nie miałem już siły próbować.
Porcje w Sichuanie są bowiem duże, a zbyt duże, jeśli chcecie zjeść zupę, sałatkę na zimno oraz danie główne. To raczej zaleta niż wada, ale warto o tym pamiętać. Trzeba też wiedzieć, że jak na najpopularniejszy lokal w mieście przystało, ceny są zacne. Za nasz dwuosobowy obiad zapłaciliśmy 242 zł, ale zdecydowanie było warto! Pogadaliśmy, pojedliśmy, dostaliśmy wodę (za darmo, fajny gest), no i ciasteczko z wróżbą!
Podsumowując, dla mnie Sichuan na szczecińskim Nowym Rynku zasługuje na trzy mocne Szczecinery. Zdecydowanie warto się tam udać, żeby doświadczyć wyrazistego jedzenia. Bez dwóch zdań na wysokie noty zasługuje obsługa Pani kelnerka nie dość, że miła, dbająca o nas, to jeszcze wybitnie zorientowana w tym co podaje, naprawdę wielu rzeczy możecie dowiedzieć się o daniach, które zamówicie, a to jest ważne. Zatem pytajcie.
Na kolejny plus, jako ciekawe doświadczenie, należy zapisać Hot Pot. Choć mam praktykę z innych miejsc, na pewno spróbuję tego szczecińskiego. Ważna uwaga: wprawdzie restauracja nie prowadzi jako takich rezerwacji – robią wyjątki na Hot Poty, więc jeśli chcielibyście pobiesiadować przy gorącym kociołku, zadzwońcie i spróbujcie zamówić, bo z marszu może być trudno o miejsca.
