Nieregularny przewodnik po knajpach, daniach, trunkach i ciekawostkach kulinarnych Szczecina. Z tego cyklu Szczecinera, przed weekendem będziecie mogli dowiedzieć się , gdzie warto wpaść na szybkie co nieco, gdzie zaprowadzić gości, a gdzie zjeść obiad z rodziną. Miarą naszej rekomendacji będzie liczba małych Szczecinerów. Im ich więcej – tym bardziej warto.
To jedna z pierwszych szczecińskich „śniadaniowni”. Rozpoczęcie dnia tutaj to prawdziwa przyjemność nie tylko ze względu na jedzenie, lecz przede wszystkim dzięki atmosferze, która panuje w lokalu.
„Dzień Dobry” przy ul. Śląskiej 12/1 jest na tyle popularna, że często trzeba ustawić się w kolejce, żeby dostać stolik. Rezerwacji nie robią. Panuje tu zasada: kto pierwszy ten lepszy. Latem łatwiej o miejsce, bo przed lokalem czeka na gości kilka stolików pod parasolami.
Znałem to miejsce z opowieści, raz – może dwa jadłem ze znajomymi. W Szczecinie przyjęło się, że „Dzień Dobry” to jeden z tych lokali, który koniecznie trzeba odwiedzić. My trafiamy tam w piątkowy ranek na śniadanie i pogawędkę o wspólnych projektach.
Przed godziną 9 niemal wszystkie miejsca są zajęte. Lokal czynny jest od godz. 7.30. Specjalizuje się w śniadaniach, choć oferuje też lunche. Zamykają się o godz. 16.30. Klienci dzielą się na dwie zasadnicze grupy. Jedni wpadają na szybkie śniadanie i po kilkudziesięciu minutach zwalniają stolik, dzięki czemu rotacja jest duża i czas oczekiwania w kolejce nie jest wcale taki długi. Inni zostają na dłużej, ciesząc się zwolna popijaną kawą lub tak jak – my dyskutując o pracy i życiu. Obsługa uwija się między stolikami, sprawnie i profesjonalnie. Menu dostajecie do stolika. Zamówienie składacie przy barze, gdzie także po posiłku rozliczacie się, podając numer stolika. Całość pracuje jak dobrze naoliwiona maszyna.
Nasze menu na ten poranek: Ona – jaja po turecku ze szparagami za 35 zł, do tego imbirowy napar podawany z cytryną i miodem (21 zł), ja zamawiam z wyboru pajd dobry talerzyk, czyli ichniejsze kanapki na rzemieślniczym, pszennym pieczywie – jedna z pastą z awokado, wędzonym pstrągiem łososiowym, czerwoną cebulą, a druga z ricottą, pomidorem, oliwą cytrynową i bazylią (taki zestaw kosztuje 42 zł) oraz Americano za 15 zł. Możecie też wybrać czarną kawę z przelewowego ekspresu w cenie 18 zł, ale za to z jedną dolewką.
Jemy i dyskutujemy. Ona ze smakiem zajada półpłynne jajka w jogurcie, z czosnkiem, miętą i koperkiem oraz zielonymi szparagami, podane na patelni. Ja zjadam – bez szału – kanapki. Są dobre, choć bardziej pasowałoby do nich określenie poprawne. Jem ze smakiem, lecz bez szaleństwa. Szkoda, że coś, co jest ważnym składnikiem tych pajd, czyli pieczywo w tym przypadku zdaje się być tylko nośnikiem dla dodatków. Inaczej, smak samego pieczywa, które zapewne jest jakościowe, jest mało wyczuwalny. Być może pajdy powinny być nieco grubsze. Osobiście lubię smakować chleby i tego smakowania zabrakło mi w tym daniu.
W lokalu macie z resztą do wyboru więcej śniadań na pieczywie – możecie wybrać na przykład „benedyktyńskie jajo” z boczkiem i sosem holenderskim na chałce za 36 zł, albo tost „dzień dobry madame” czyli opiekana chałka z patelni, z serem mimolette, szynką parzoną, beszamelowym sosem serowym oraz francuską musztardą, jajem poche, szczypiorkiem, sałatą i winegretem – koszt 38 zł.
Standardowo jak to w śniadaniowniach, serwują tu także kompozycje jaj – od wspomnianych wcześniej jaj po turecku, przez jaja w pomidorach za 36 zł, aż po tradycyjny zestaw angielski z frankfurterkami, boczkiem, jajem sadzonym, pieczarkami i fasolą w sosie za 41 zł. Gdybyście z kolei wpadli do „Dzień Dobry” w porze lunchu, może wybrać na przykład „azjatycki makaron”, czyli makaron ryżowy w sosie na bazie masła orzechowego z marchewką, czerwoną kapustą, kiełkami itp., w cenie 38 zł albo „kopytka w stylu toskańskim” podawane w sosie śmietanowym, z suszonymi pomidorami i szpinakiem w tej samej cenie.
Wybór jest duży, a co warte podkreślenia kompozycje dań mogą stanowić jedynie propozycje, ponieważ możecie poprosić o zmianę dodatków lub ich dodanie wedle własnego uznania.
Odniosłem jednak wrażenie, że nie jedzenie odgrywa w „Dzień Dobry” najważniejszą rolę. Choć jest ono dobre, chwilami bardzo smaczne, tym co buduje popularność tego miejsca jest atmosfera, rzekłbym, że “europejska”. Jeśli jadaliście w podobnych restauracjach śniadaniowych w Kopenhadze, Amsterdamie, Berlinie, czy jakie tam sobie miejsce wymyślicie, to przyznać trzeba, że u nas jest tak samo, a może i lepiej.
W dzień dobry spotkacie matki karmiące niemowlaki, panie czytające magazyny, studentów startujących na uczelnie, młodszych i starszych omawiających biznesy lub zasadnicze kwestie życia i przemijania. Wszystko to odbywa się z uśmiechem na ustach, pod okiem troskliwej obsługi i przede wszystkim bez zadęcia.
Podsumowując, polecam. Zjecie dobrze, w fajnej atmosferze, zamienicie kilka zdań z sąsiadem ze stolika obok, wymienicie uśmiechy. A to jest równie ważne, jeśli nie ważniejsze od tego, czy jedno lub drugie danie smakuje bardziej lub mniej. Nasze spotkanie było takim właśnie „fajnym” rozpoczęciem ostatniego dnia pracującego tygodnia. Ta miła godzinka wyniosła nas w sumie 113 zł. Było warto, za atmosferę i pionierskie jej wprowadzenie w Szczecinie należą się mocne trzy Szczecinery.













