Przed bramą Elektrowni Dolna Odra w Gryfinie trwa polityczne przedstawienie. Politycy Prawa i Sprawiedliwości organizują konferencje prasowe, piszą „Deklarację Gryfińską”, ostrzegają przed katastrofą energetyczną i oskarżają rząd Donalda Tuska o narażanie bezpieczeństwa Polski. Tyle, że decyzję o wygaszeniu węglowych bloków w Gryfinie podjęto w 2020 roku – a więc za rządów samego PiS. I że jeden z najgłośniejszych dziś obrońców elektrowni, burmistrz Gryfina Mieczysław Sawaryn, przez osiem lat zasiadał w radzie nadzorczej PGE i osobiście podpisał uchwałę, która tę transformację przypieczętowała.
Latem 2025 roku PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna ogłosiła, że dwa bloki węglowe w Dolnej Odrze przestaną działać z końcem 2025 roku, a dwa kolejne popracują do sierpnia 2026 roku, zanim ostatecznie zostaną zastąpione przez uruchomiony już duoblok gazowo-parowy. Na tę wiadomość natychmiast zareagowali politycy PiS z województwa zachodniopomorskiego. Przed bramą elektrowni zorganizowano konferencję prasową, na której poseł Czesław Hoc mówił o zakładzie „o szczególnym znaczeniu dla gospodarki i obronności państwa”, a europoseł Joachim Brudziński ostrzegał przed konsekwencjami unijnej polityki klimatycznej. Poseł Artur Szałabawka ujął to jeszcze dosadniej: „Dolna Odra to elektrownia na czas największych kryzysów. Jest przygotowana do działania w trudnych warunkach i może zapewniać energię, kiedy inne źródła zawodzą. Nie można jej zamykać w momencie, gdy sytuacja geopolityczna jest tak niestabilna”.
Politycy przygotowali nawet formalny dokument – „Deklarację Gryfińską” – jako, jak to ujął poseł Hoc, „apel o sprzeciw wobec planów zamknięcia Elektrowni Dolna Odra”, wskazując, że decyzję „podjął rząd Donalda Tuska”. Kilka miesięcy później, w rozmowie dla Radia Szczecin, Szałabawka powtarzał: „Wszystkie jej techniczne stany są takie, że może działać do 2035 roku. Musimy o to walczyć i tu jest potrzebna decyzja polityczna”.
Brzmi to jak opis nagłej, arbitralnej decyzji obecnej władzy. Tyle że to nieprawda – i to nieprawda łatwa do sprawdzenia.
Decyzja z 2020 roku, czyli z czasów PiS
Jak przypomniał poseł Krzysztof Szłapka, odpowiadając na podobne zarzuty innego polityka PiS, Marka Gróbarczyka: decyzję o dwuetapowym wygaszaniu bloków węglowych w Elektrowni Dolna Odra podjął Zarząd i Rada Nadzorcza spółki PGE GiEK jeszcze w 2020 roku. Transformacja z węgla na gaz była, jak podkreślił Szłapka, „planowana od dawna z przyczyn ekonomicznych i systemowych”. Potwierdza to też branżowy serwis WysokieNapiecie.pl: zgodnie z planem przyjętym w 2020 roku wszystkie cztery działające jeszcze w Gryfinie bloki węglowe po 225 MW każdy miały zostać wygaszone do końca 2025 roku – decyzja ogłoszona we wrześniu 2025 roku o przesunięciu wyłączenia dwóch z nich na sierpień 2026 roku była w istocie złagodzeniem, a nie zaostrzeniem tego pierwotnego harmonogramu.
Innymi słowy: nie ma tu żadnej nagłej, jednostronnej decyzji obecnego rządu. Jest realizacja planu, który zapadł pięć lat wcześniej, w czasach, gdy PiS sprawował władzę zarówno w rządzie, jak i w samej spółce PGE.
Najbardziej wymowny w tej historii jest przypadek Mieczysława Sawaryna – burmistrza Gryfina od 2014 roku, wcześniej członka zarządu Zespołu Elektrowni Dolna Odra (2006–2010), a od 2016 do stycznia 2024 roku członka Rady Nadzorczej PGE Polskiej Grupy Energetycznej, powołanego tam jako nominat PiS. To dobry kolega Brudzińksiego i Szałabawki. Namaszczony przez PiS członek Rady Nadzorczej PGE miał pełną wiedzę, ale za czasów rządów prawicy, nawet się nie zająknął w obronie elektrowni, podobnie zresztą jak i zaprzyjaźni nim z nim związkowcy, nie prowadzili żadnych znaczących akcji protestacyjnych.
Jak ustaliła redakcja Gryfino Głos Miasta, która skierowała do PGE formalny wniosek o informację publiczną, Sawaryn, jako członek Rady Nadzorczej PGE w latach 2015–2024, wraz z pozostałymi członkami rady podpisał 26 listopada 2019 roku uchwałę wyrażającą zgodę na „Budowę nowych mocy w Elektrowni Dolna Odra”. Jak podało samo PGE w odpowiedzi: uzasadnieniem tej inwestycji było „docelowo zastąpienie wszystkich istniejących bloków węglowych w tej lokalizacji”, co – jak podkreśliła spółka – „świadczy o znajomości przez członków Rady Nadzorczej PGE planów transformacji Dolnej Odry i wynikających z nich konsekwencji”. PGE potwierdziło też, że wszyscy członkowie rady, w tym Sawaryn, otrzymywali cyklicznie sprawozdania z budowy nowych bloków gazowych oraz korespondencję strony związkowej dotyczącą sytuacji w elektrowni.
Sawaryn pozostawał w tym gremium aż do 31 stycznia 2024 roku, kiedy nowe władze PGE po zmianie rządu wymieniły skład rady nadzorczej. Kilka miesięcy później, 29 sierpnia 2024 roku, opublikował w mediach społecznościowych oświadczenie, w którym napisał: „Z olbrzymim zaskoczeniem przyjmuję informacje, jakie dotarły do mnie w dniu wczorajszym od przedstawicieli strony społecznej, związków zawodowych działających w Elektrowni Dolna Odra”. Człowiek, który przez osiem lat miał wgląd w dokumentację inwestycyjną spółki i regularnie otrzymywał sprawozdania z postępu prac nad zastąpieniem bloków węglowych, twierdził, że o planach wygaszenia dowiedział się od związkowców, dzień wcześniej.
Wojewoda zachodniopomorski Adam Rudawski skomentował to bez ogródek, gdy dziennikarze zapytali go wprost, czy burmistrz mógł nie wiedzieć o planach: „Mieczysław Sawaryn był w Radzie Nadzorczej PGE. Kto miał o tym nie wiedzieć, jeśli nie on? Więc dzisiaj po prostu mówienie, że my nie wiedzieliśmy, przypomina scenę z filmu Barei”. Rudawski dodał, że sam pytał o to burmistrza, który tłumaczył się, iż decyzje „były przedstawiane w formie możliwego scenariusza, który nie był pewny na 100 procent” – mimo że, jak zauważył wojewoda, faktyczna decyzja zapadła już w 2020 roku.
Zapytany wprost o swoją rolę w tym procesie, Sawaryn do dziś nie odniósł się do stawianych mu pytań merytorycznie, odsyłając jedynie do „licznych materiałów dostępnych w mediach publicznych”.
PiS zarżnął bloki, teraz protestuje
Ostatnie dwa bloki węglowe w Dolnej Odrze faktycznie przestały pracować w nocy z 31 sierpnia na 1 września 2026 roku – dokładnie zgodnie z harmonogramem ogłoszonym rok wcześniej. Retoryka polityków PiS nie zmieniła się jednak ani na jotę w miarę zbliżania się tej daty.
20 sierpnia 2026 roku, jeszcze przed ostatecznym wygaszeniem, poseł Dariusz Matecki opublikował obszerną „notatkę prasową” zatytułowaną wprost: „Rząd Tuska zamyka Elektrownię Dolna Odra. Ponad 550 osób traci pracę!”. Przywołał w niej konferencję prasową sprzed niemal trzech lat – z 2 października 2023 roku – na której przed bramą elektrowni Zbigniew Ziobro mówił, że „Elektrownia Dolna Odra jest gwarancją bezpieczeństwa energetycznego i taniego prądu”. Sam Matecki, podsumowując sytuację z sierpnia 2026 roku, pytał retorycznie: „czy likwidacja węglowej Dolnej Odry rzeczywiście wzmacnia bezpieczeństwo energetyczne Polski – czy pozbawia nas kolejnego źródła, którego w kryzysowym momencie może już nie być czym zastąpić?”. Ani słowem nie wspomniał przy tym, że harmonogram, który akurat wtedy się finalizował, sam PiS uruchomił formalnie już w grudniu 2020 roku.
Warto też zaznaczyć, co w całej tej politycznej awanturze regularnie ginie: powody wygaszania starych bloków są przede wszystkim ekonomiczne, a nie ideologiczne. Jak tłumaczyła PGE, produkcja energii w węglowych blokach Dolnej Odry w 2025 roku była o około 60 procent niższa niż rok wcześniej, co przy wysokich kosztach utrzymania i remontów sprawia, że jednostki te są, jak to ujęła spółka, „trwale nierentowne”. Instalacje uruchomione w latach 70. XX wieku po prostu nie są w stanie konkurować kosztowo z nowoczesnymi źródłami energii – ani węglowymi, ani gazowymi, ani odnawialnymi. To nie jest specyfika Gryfina: podobny, stopniowy harmonogram wygaszania czeka też inne wielkie elektrownie węglowe w Polsce, w tym Bełchatów i Turów.
Kto tu kogo oszukuje?
Cała ta historia pokazuje mechanizm, który w polskiej polityce lokalnej i krajowej powtarza się z uderzającą regularnością: decyzje podejmowane przez własne środowisko polityczne, gdy jest ono u władzy, stają się przedmiotem oburzenia tego samego środowiska, gdy władzę traci – zwłaszcza jeśli te same osoby, które decyzje współtworzyły, tracą przy okazji stanowiska i wynagrodzenia z nimi związane. Mieczysław Sawaryn nie protestował przez osiem lat, gdy miał realny wpływ na proces i realną wiedzę o jego przebiegu. Zaczął protestować dopiero wtedy, gdy przestał zasiadać po obu stronach stołu – jako burmistrz gminy uzależnionej od elektrowni i jednocześnie członek rady nadzorczej spółki, która o jej losie decydowała.
Można oczywiście argumentować merytorycznie za utrzymaniem bloków węglowych w gotowości ze względów bezpieczeństwa energetycznego – tego rodzaju głosy pojawiają się też wśród części ekspertów energetyki, niezależnie od barw politycznych. Trudno jednak nie zauważyć, że retoryka „olbrzymiego zaskoczenia” i alarmistyczne apele o „decyzję polityczną” ratującą elektrownię brzmią zupełnie inaczej, gdy wiadomo, że mówią je ludzie, którzy tę samą decyzję o wygaszeniu bloków sami przygotowywali, nadzorowali i podpisywali, będąc jeszcze u władzy. A jak pokazuje przykład Dariusza Mateckiego, ta retoryka nie osłabła nawet w dniu, w którym harmonogram ustalony za rządów PiS ostatecznie się wypełnił.