Jest 2 kwietnia. Teoretycznie powinniśmy cieszyć się pierwszymi naprawdę ciepłymi dniami, zrzucać zimowe kurtki i wreszcie poczuć na twarzy promienie wiosennego słońca. W praktyce? Instytut Meteorologii ostrzega przed przymrozkami. W nocy temperatura spadnie do -1°C, a przy gruncie nawet do -4°C. Czyli zamiast pikników w parku – znowu cieplejszy płaszcz.
Człowiek, naiwnie wierząc w kalendarz, już zdążył przestawić się na cieplejsze dni. Schował zimową kurtkę do szafy, porządkując ją w najciemniejszym kącie, gdzie miała pozostać nietknięta aż do listopada. Może nawet zamienił herbatę z imbirem na lemoniadę z cytryną. I co? I cały czas zima nie odpuszcza.
Tyle się mówi o zmianach klimatu, o globalnym ociepleniu, o topniejących lodowcach. I pewnie wszystko to jest prawdą. Tylko dlaczego na początku kwietnia wciąż muszę rozważać wyciągnięcie ciepłej czapki?
Każdego roku dzieje się to samo. Marzec kusi – pojawiają się pierwsze przebiśniegi, a temperatura czasami przekracza 15°C. Wychodzimy z domów pełni nadziei, odważnie planując weekendowe spacery. A potem nagle, niczym zdradziecki twist w filmie Hitchcocka, kwiecień serwuje nam poranne przymrozki i konieczność zakładania grubszych skarpetek.
Kiedyś wiosna przychodziła z przytupem – tak przynajmniej pamiętam z dzieciństwa. Może to złudzenie, może nostalgiczne wspomnienia, ale wydawało się, że kwiecień był już prawdziwie wiosenny. Teraz natomiast trzeba się zastanawiać, czy zamiast tulipanów nie lepiej posadzić pingwiny.
Czy jest nadzieja?
Patrząc na prognozy długoterminowe, można się pocieszać, że za tydzień będzie już lepiej. Ale czy na pewno? Po ostatnich doświadczeniach człowiek podchodzi do tych przewidywań z dużą rezerwą. Zanim schowam zimowy płaszcz z powrotem do szafy, poczekam do maja.
Póki co – cieplejsze ciuchy pozostają w pogotowiu. Wiosna może się obrazić, ale jeśli nie zacznie się w końcu zachowywać jak na wiosnę przystało, to przestanę na nią czekać i oficjalnie zacznę sezon narzekania na lato.












