Szczecin właśnie wzbogacił się o nową definicję luksusu – inwestycję przy ul. Husarów, gdzie mieszkania mają powierzchnię już od 13,9 m². Tak, dobrze czytacie. Trzynaście przecinek dziewięć metra kwadratowego. Tyle wystarczy, żeby mieszkać. I żyć. I oddychać, o ile robi się to bardzo płytko.
W materiałach promocyjnych czytamy o nowoczesnej architekturze i wysokim standardzie wykończenia. Jest salka do jogi (nie, nie w mieszkaniu – spokojnie), pralnia samoobsługowa (bo przecież w 13 m² nie zmieści się nawet suszarka do włosów), klimatyzacja (czyli chłodne powietrze do dzielenia z lodówką), stacje ładowania samochodów elektrycznych i bliskość zieleni (w razie gdyby jednak trzeba było się przewietrzyć po zetknięciu z sufitem po wstaniu z łóżka).
Z jednej strony – można się śmiać. Z drugiej – można też zapłakać. Bo to przecież nie jest żadna tymczasowa kapsuła dla astronauty w czasie misji – to „mieszkanie”. Z metką prestiżowej inwestycji.
A może po prostu zmieniamy definicję „życia na swoim”? Może w epoce minimalizmu wystarczy, że zmieści się łóżko, laptop i drzewko bonsai – reszta to zbędny luksus. Może to nie mieszkania się kurczą, tylko nasze oczekiwania?
I jak się okazuje – nie potrzeba 30, 40, ani 50 metrów do szczęścia. Wystarczy 13,9. Pod warunkiem, że nie planujesz go z nikim dzielić. Ani gotować. Ani tańczyć. Ani rozłożyć ręcznika.
Zatem – ile metrów naprawdę potrzeba do życia? Odpowiedź wydaje się oczywista: tyle, ile mieści się w inwestycji premium. Nawet jeśli mieści się tam tylko jedna osoba i jej marzenia – ciasno ściśnięte między ścianą a aneksem kuchennym.
A Ty, ile metrów masz na swoje marzenia?












