Magnetowid, kalkulator, zachodni proszek do prania — jeszcze niedawno symbole postępu i przepustka do „lepszego świata”. Dziś są cyfrowym wspomnieniem albo zalegają na dnie szuflad. W projekcie „Laboratorium współczesnej archeologii” Monika Szpener nadaje im trwałą, ceramiczną formę, jakby były wykopaliskami sprzed wieków. Czy to ironia wobec kapitalizmu, czy próba ocalenia pamięci o czasie, gdy przedmioty miały niemal metafizyczną moc? O tym opowiada w rozmowie z nami autorka „Laboratorium…” dr hab. Monika Szpener, prof. ZUT.
W „Laboratorium współczesnej archeologii” rekonstruuje Pani w ceramice przedmioty, które jeszcze niedawno były plastikowe, seryjne i „nowoczesne”. Dlaczego zdecydowała się Pani nadać im formę trwałych, niemal muzealnych artefaktów? Czy to gest ironiczny, krytyczny, czy raczej próba ocalenia pamięci o krótkim momencie zbiorowej fascynacji?
W latach 80., w rzeczywistości reglamentacji i permanentnych braków, przedmioty były czymś znacznie więcej niż rzeczami. Zwłaszcza te zachodnie – symbolizowały wolność, postęp, obietnicę lepszego życia. Plastikowe, seryjne i „nowoczesne” niosły aurę technologicznego cudu i powiew wielkiego świata.
Dziś ich status radykalnie się zmienił. Żyjemy w epoce nadprodukcji i nadkonsumpcji, w której rzeczy wyrzuca się nie dlatego, że się zepsuły, ale dlatego, że przestały być modne. Co więcej, wiele z nich uległo dematerializacji – muzyka istnieje w streamingu, dane w chmurze, urządzenia stają się coraz bardziej „niewidzialne”.
Nadając dawnym plastikowym obiektom formę ceramicznych artefaktów, zatrzymuję moment w czasie. To gest częściowo ironiczny i krytyczny, ale przede wszystkim refleksyjny. Fascynuje mnie paradoks: przedmioty, które w dzieciństwie wydawały się szczytem nowoczesności, w ciągu mojego życia stały się muzealiami. Dla młodszego pokolenia niektóre z nich są już zupełnie nierozpoznawalne.
Transformacja po 1989 roku bywa opisywana językiem wielkiej polityki i ekonomii. Pani opowiada o niej przez rzeczy – magnetowidy, produkty spożywcze, sprzęty codziennego użytku. Czy uważa Pani, że to właśnie przedmioty są najuczciwszym świadectwem tamtej zmiany?
Wielkie narracje polityczne są często abstrakcyjne. Przedmioty są konkretne, dotykalne, obecne w codzienności. To one najdobitniej ujawniają realną zmianę. Pojawienie się magnetowidu, kolorowego telewizora czy zachodnich produktów było dla wielu rodzin doświadczeniem przełomowym – bardziej namacalnym niż polityczne deklaracje.
Rzeczy pokazują nasze aspiracje, lęki i marzenia. Zapisany jest w nich proces transformacji w wymiarze prywatnym, a także klasowym. Ceramika – materiał kojarzony z archeologią i trwałością – pozwala mi potraktować te obiekty jak wykopaliska: relikty krótkiego, intensywnego momentu zbiorowej wiary w kolorową przyszłość. One mówią o tym, jak naprawdę żyliśmy.
W recenzjach pojawia się pojęcie „archeologii mediów” i „archeologii pamięci”. Czy traktuje Pani swoją pracę jako artystyczne badanie kultury materialnej kapitalizmu? Co te „wykopaliska” mówią o nas dziś, po trzech dekadach wolnego rynku?
Tak, traktuję ją jako rodzaj artystycznego badania rodzącego się kapitalizmu i jego ikonografii. Interesuje mnie wizualność tamtego czasu i obietnica nowoczesności, która się z nią wiązała.
Moje „wykopaliska” pokazują jednak, że wraz z nowymi możliwościami pojawiły się nowe napięcia. Przedmioty miały dać spełnienie i bezpieczeństwo, ale nie były w stanie zaspokoić głębszych braków. Logika nieustannej wymiany wprowadziła presję statusu i porównywania się. Dziś żyjemy w paradoksie: wszystko jest dostępne, a mimo to towarzyszy nam poczucie niedosytu.
Wystawa wpisuje się w narrację Centrum Dialogu Przełomy, które kończy opowieść na 1989 roku. Pani projekt idzie dalej. Czy transformacja wciąż nie została w Polsce symbolicznie „przepracowana”, zwłaszcza w wymiarze konsumpcyjnym i klasowym?
Bardziej niż brak przepracowania niepokoi mnie krótka pamięć – a czasem wręcz niepamięć. Młodsze pokolenia często nie znają kontekstu, w którym te przemiany się dokonały.
Patrząc na radykalizację postaw czy rosnący populizm, mam wrażenie, że jako społeczeństwo nie do końca nauczyliśmy się żyć z dobrobytem, który przyszedł bardzo szybko. Tempo zmian było gwałtowne. Historia potrafi zatoczyć koło nie dlatego, że zabraknie dóbr, ale dlatego, że nie umiemy z nich korzystać w sposób dojrzały.
Nostalgia za latami 90. wraca dziś w modzie i popkulturze. To sentymentalny powrót do „niewinnego kapitalizmu” czy raczej objaw współczesnych lęków?
W latach 90. dobra konsumpcyjne wydawały się prostym rozwiązaniem problemów niedostatku i nierówności. Każdy przedmiot miał jedną, jasną funkcję – telefon służył do dzwonienia, magnetofon do odtwarzania kaset. Świat był, przynajmniej pozornie, bardziej czytelny.
Dziś technologia stała się nieprzejrzysta. Smartfon rzadko służy wyłącznie do rozmów, a systemy cyfrowe, w które jesteśmy uwikłani, trudno zrozumieć i jeszcze trudniej od nich uciec. Nostalgia za latami 90. to więc nie tylko sentyment do „niewinnego kapitalizmu”, ale tęsknota za momentem, gdy świat wydawał się prostszy i bardziej przewidywalny.
Gdyby za sto lat archeolodzy odkryli nasze dzisiejsze symbole statusu – smartfony, platformy streamingowe, luksusowe marki – co powiedziałyby o nas? Czy „Laboratorium…” jest ostrzeżeniem?
Można tu przywołać pojęcie antropocenu – epoki, w której działalność człowieka zapisuje się w geologicznych warstwach ziemi. Nasze przedmioty już teraz są jej częścią.
Być może przyszli archeolodzy zobaczą przede wszystkim świadectwo epoki nadmiaru. Jeśli w ciągu czterdziestu lat zaszły tak radykalne zmiany, to tempo kolejnych może być jeszcze bardziej przytłaczające. „Laboratorium…” jest nieco ironiczne, ale jednak stanowi ostrzeżenie przed bezkrytyczną wiarą w mit nieustannego postępu. Każda epoka uważa się za nowoczesną – a bardzo szybko staje się przeszłością.