Sławna polska piosenkarka Maryla Rodowicz śpiewała przed laty, że „dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”. Może to dosyć kontrowersyjna teza, ale trawestując tekst tego przeboju można zauważyć na przykład, że „dziś prawdziwych poetów już nie ma”. Przynajmniej w Szczecinie. I chodzi tu nie o jakość ich twórczości, ale o postawę, zachowanie, styl bycia, prowadzenia się.
A skąd to odważne i przewrotne, a dla niektórych być może nieprzemyślane i kompletnie chybione twierdzenie? A tak się jakoś pojawiło w związku z pierwszy dniem wiosny, który od lat jest także obchodzony jako Światowy Dzień Poezji. Zaraz pewnie odezwą się glosy oburzenia, drwiny, hejt i wyzwiska. Pierwszy lepszy absolwent polonistyki będzie się starał obalić i udowodnić, w jak wielkim błędzie znajduje się autor tych obrazoburczych zdań oraz w jak ogromnej niewiedzy funkcjonuje. A także, że jak się na tym nie zna, to niech nie zabiera głosu. Ale jako, że żyjemy w demokracji i mamy w Polsce wolność słowa, to chyba zwykły obywatel też ma prawo do własnego zdania i własnej opinii („Na każdy temat” jak głosił tytuł pewnego telewizyjnego talk – show).
Może według niektórych, ekspertów i „znawców” owe przemyślenia są po prostu niedorzeczne, ale jak to prezentował nieodżałowany Jerzy Stuhr na deskach opolskiego amfiteatru „śpiewać każdy może trochę lepiej lub trochę gorzej, ale nie o to chodzi, jak co komu wychodzi, czasami człowiek musi, inaczej się udusi…”. Każdy więc ma prawo do swoich poglądów. Nawet na temat poezji. Również lokalnej. Od razu bardzo ważna uwaga – Szczecin zdolnych oraz znakomitych poetów miał i ma. Ale tu chodzi bardziej nie o jakość ich twórczości, ale o styl bycia. Bo są oni teraz jacyś tacy grzeczni, spokojni, poukładani. Brakuje w nich buntu, jakiejś nuty szaleństwa, walki wewnętrznej, którą by żywiołowo prezentowali na zewnątrz, rozdarcia niczym Judymowa sosna, nawet rozrabiactwa, jakiejś ekwilibrystyki zachowań, awangardowego stylu życia, poszukiwania inspiracji w fantastycznych wizjach wywołanych np. nadmiernym spożyciem napojów energetycznych, chcących za wszelka cenę dotrzeć do granic percepcji, dotknąć Tajemnicy Istnienia i Absolutu.
Nie ma w nich już czegoś takiego, co mieli poeci sprzed lat, a nawet wieków. Nie chodzi o to, żeby przypominali średniowiecznych trubadurów lub wagantów, romantyków, którzy cierpieli za miliony, wypełnionych absyntem twórców młodopolskich, tych kawiarnianych lub rewolucyjnych z dwudziestolecia międzywojennego czy młodych gniewnych z PRL-u. Ale żyjemy w trudnych czasach dla literatury i poezji. Aby się przebić i dotrzeć do szerokiego czytelnika potrzeba „tego czegoś”, chociażby skandalu. A jak mówią specjaliści od PR: „dobry skandal nie jest zły”. A czy ktoś sobie przypomina jakiś skandal w wykonaniu szczecińskiego poety czy literata w ciągu ostatnich np. 20, 30 lat?
Wskazane by było, aby wywołany został oczywiście twórczością. Ale czy nie może być on podparty jakimś obrazoburczym zachowaniem, drwiną z lokalnej świętości, czy skalaniem jakiegoś szczecińskiego lub zachodniopomorskiego mitu? Czymś co poruszy społeczeństwo, o czym będzie się mówić podczas niedzielnego obiadu między rosołem a schabowym, choćby i źle czy szyderczo, a jego twórcę wychwalać lub odżegnywać od czci i wiary. Aby o jego ekscesach, skandalach i występkach mówiło całe miasto, aby np. dewotki zgorszone drżały z podniecenia na wieść o jego np. seksualnych wybrykach, aby stateczni obywatele głośno artykułowali swe oburzenie a treść poezji takiego twórcy wzbudzała rumieniec zawstydzenia na niewieścich licach. Aby opowiadano o nim niestworzone historie i anegdoty jak np. o sławnym Janie Himilsbachu, ot taką np: Himilsbach śpi pijany gdzieś w krzakach w parku. Obok przechodzi babcia z wnuczką. Dziewczynka podchodzi do leżącego Himilsbacha, ale babcia od razu ją strofuje: „Zostaw, to pewnie jakiś pijak i menel!”. A wnuczka na to: „Ależ babciu, to jest pan Jan Himilsbach, znany polski aktor i literat!”. Himilsbach otwiera oko i chrypi tym swoim charakterystycznym głosem: „No i co, stara k..o, głupio ci teraz?”. I choćby to była nawet nieprawda, wymyślona opowieść. Ale za to jaka barwna.
Brakuje nam dziś takich kolorowych ptaków w Szczecinie. Ale może gdzieś są, tylko nie chcą rozpostrzeć skrzydeł, albo są dopiero w okresie wykluwania. Choć może ta tęsknota za czymś utraconym, to jedna z oznak „dziaderstwa”? Jakieś mrzonki i fantazje. Ktoś powie: „kiedyś było łatwiej, wystarczyło się „nachlać” a potem w miejscu publicznym np. w Domu Towarowym „Odzieżowiec” zdjąć spodnie i pokazać to i owo jednocześnie deklamując jakieś swoje zaangażowane poetyckie manifesty”. To prawda. Po tym, co każdy może teraz znaleźć w internecie naprawdę trudno czymś zachwycić, zainteresować lub zgorszyć odbiorcę. Ale nie oznacza to przecież, że nie można się starać, próbować, podejmować wyzwań. Przecież od tego jesteś poetą, jeden z drugim, aby „tam sięgać, gdzie wzrok nie sięga, łamać czego rozum nie złamie”.
Pewne zagadnienia są przecież nieśmiertelne, m.in. miłość, która przecież niejedno ma imię, czy sens istnienia. Jak nie odpowiada taka tematyka, to można zająć się czymś innym m.in. aktualnie związanym ze stolicą Pomorza Zachodniego lub regionem. Ot choćby popełnić jakąś balladę o rewitalizacji Łasztowni np. „Ponura atmosfera, wszyscy czekają na dewelopera”, albo zbuntowany utwór o braku nowego budynku Teatru Współczesnego i słabych pensjach tamtejszych aktorów – np. „Bezdomni i finansowo ułomni”, zaangażowana poezja o szczecińskich inwestycyjnych „poślizgach” np. „Katastrofa blisko – na Pomorzanach wyje torowisko”, czy też o niebywałych zjawiskach meteorologicznych występujących ostatnio w regionie, czyli poemat katastroficzny „Zorza nad Mielnem, chyba sobie w łeb pierdzielnę”.
I jakiś taki smutek człowieka ogarnia, a może nawet i melancholia szkodliwa, że może gdzieś tam w Krakowie, Gdańsku, czy Warszawie żyją i tworzą wciąż tacy poeci jak za dawnych lat. A przecież na pewno jest w Szczecinie wielu osobników i osobniczek, w których drzemie poezja. Tylko trzeba ją odkryć. Tym, którzy zaczną jej w sobie szukać – wiersz Andrzeja Bursy pt. „Ja chciałbym być poetą” (uwaga na ostatnią zwrotkę, przewrotną bardzo, bo jak pisał niejeden: „być poetą to wszakże chichot Boga, to dar i przekleństwo zarazem”).
Ja chciałbym być poetą
bo dobrze jest poecie
bo u poety nowy sweter
zamszowe buty piesek seter
i dobrze żyć na świecie
ja chciałbym być poetą
bo byczo u poety
bo u poety cztery żony
a z każdą dawno rozwiedziony
a ja lubię kobiety
ja chciałbym być poetą
może mnie przecież przyjmą
bo dla poety Zakopane
nie trzeba wcześnie wstawać rano
a wstawać rano zimno
bo fajno jest poecie
nie musi w biurze ślipić
i fuk mu cała dyscyplina
tylko gitara i dziewczyna
i złote gwiazdy liczyć
i mylić się i liczyć
i liczyć wciąż od nowa
na ziemi w drzewie i błękicie
trudnego szukać słowa
i gniewać się i martwić
bo ciągle jeszcze nie to
i ciągle baczyć ciągle patrzeć
ja nie chcę być poetą












