Są oświadczenia, które wyjaśniają. I są takie, które — czytane uważnie — mówią więcej, niż autor zamierzał powiedzieć. Oświadczenie Pawła Malinowskiego, dotyczące wykształcenia i zasiadania w radzie nadzorczej gminnej, należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii.
Paweł Malinowski, pełniący funkcję publiczną w samorządzie, zasiadał w radzie nadzorczej Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej S.A. w Policach — spółki komunalnej należącej do gminy – bez wymaganych kompetencji. Gdy sprawa ujrzała światło dzienne, zareagował tak, jak reagują politycy przyparci do muru: złożył obszerne oświadczenie pełne przeprosin, deklaracji transparentności i zapewnień o współpracy z organami. Zwrócił diety. Zawiesił się w partii. Wykonał wszystkie gesty dobrego człowieka w trudnej sytuacji. Między wierszami tego starannie zredagowanego dokumentu kryją się jednak przyznania, których autor — świadomie lub nie — wolałby uniknąć. Ujawniają one nie tylko własne zaniedbania Pawła Malinowskiego, ale rzucają równie nieprzyjemne światło na burmistrza Polic Krystiana Kowalewskiego, który go powołał — i który w całym oświadczeniu nie pojawia się ani razu z imienia. A mimo to, jest wskazany jako współwinny.
Mamy mapę odpowiedzialności
Na początek oceny tego, co oświadczeniem mówi, przygotowaliśmy mapę odpowiedzialności w tej sytuacji. Czego nie ma? Konkretnego przyznania się, że Paweł Malinowski naruszył prawo. Nazwiska burmistrza, który go powołał. Odpowiedzi na pytanie, ile czasu minęło między momentem, gdy „powziął wątpliwości” co do swoich kwalifikacji, a dniem złożenia rezygnacji. Oraz — być może najważniejszego — wyjaśnienia, w jaki sposób zastępca wójta, zawodowy samorządowiec, mógł nie znać elementarnych wymogów ustawowych dotyczących rad nadzorczych spółek komunalnych.
Oświadczenie Pawła Malinowskiego jest dokumentem wizerunkowym, skrojonym pod minimalizację szkód. Jako taki jest też — paradoksalnie — jednym z bardziej wymownych tekstów w tej sprawie. To, czego w oświadczeniu nie ma, mówi więcej niż to, co zostało napisane. Ale po kolei…

Pułapka dylematu Morrisa: kłamstwo albo niekompetencja
To serce całej sprawy i autor oświadczenia wpada w tę pułapkę z chirurgiczną precyzją.
Paweł Malinowski pisze: „obejmując tę funkcję działałem w przekonaniu, iż spełniam wymagania”, a następnie: „gdy tylko powziąłem wątpliwości co do spełnienia jednego z wymogów ustawowych, niezwłocznie złożyłem rezygnację”.
Tymi dwoma zdaniami konstruuje narrację nieświadomości — twierdzi, że nie wiedział o naruszeniu przepisów. Tyle ze Paweł Malinowski piastuje stanowisko zastępcy wójta, a więc jest urzędnikiem, który z mocy prawa powinien znać podstawy regulacji dotyczących spółek komunalnych. Ustawa o komercjalizacji i prywatyzacji (art. 18–19) oraz ustawa o zasadach zarządzania mieniem państwowym precyzyjnie określają wymogi dla członków rad nadzorczych spółek z udziałem jednostek samorządu terytorialnego. Są to normy elementarne dla każdego, kto zawodowo funkcjonuje w obszarze samorządowym.
Prawne konsekwencje tej narracji są bezlitosne: albo Malinowski wiedział i kłamie, albo nie wiedział — i jest rażąco nieodpowiedni do sprawowania funkcji publicznych. Tertium non datur.
Nieobecny sprawca: Krystian Kowalewski i milczenie o powołaniu
To być może najbardziej znaczące przemilczenie całego dokumentu. Paweł Malinowski ani razu nie wymienia nazwiska burmistrza Polic, który go powołał. Tymczasem powołanie do rady nadzorczej spółki komunalnej nie jest aktem jednostronnym — po stronie powołującego organu (gminy, reprezentowanej przez burmistrza) ciążył obowiązek weryfikacji kwalifikacji kandydata. Paweł Malinowski pośrednio — i zapewne nieświadomie — ujawnia, że tej weryfikacji nie było. Skoro sam „działał w przekonaniu, iż spełnia wymagania”, to znaczy, że nikt mu tych wymagań nie przedstawił w sposób formalny, nikt nie sprawdził dokumentów i nikt nie przeprowadził procedury kwalifikacyjnej. To jest powołanie w trybie nieformalnym, popularnie zwanym właśnie „na gębę”. Ośmiesza to Kowalewskiego jako organ wykonawczy gminy-właściciela spółki, ponieważ: po pierwsze, właściciel spółki komunalnej odpowiada za prawidłowość obsady rady nadzorczej. to jego obowiązek korporacyjny. Po drugie, brak weryfikacji kwalifikacji naraża gminę na odpowiedzialność odszkodowawczą, gdyby działania rady nadzorczej w tym składzie okazały się wadliwe prawnie. Po trzecie, nieformalne powołanie sugeruje, że dobór opierał się na kryteriach politycznych, a nie merytorycznych, co jest skrajną patologią w zarządzaniu mieniem komunalnym.
Krystian Kowalewski, przez całkowite pominięcie go w narracji, paradoksalnie zostaje wyeksponowany jako osoba, której działania (lub zaniechania) leżą u źródła całej afery.
Sprawa MBA: precyzyjna sofistyka, nieudolna etycznie
Paweł Malinowski formułuje zdanie: „konsekwentnie informowałem jedynie, że jestem uczestnikiem tych studiów”. To zdanie ma być linią obrony, ale jest dowodem obciążającym.
Po pierwsze, skoro „konsekwentnie” informował, że jest jedynie uczestnikiem, to znaczy, że był pytany wielokrotnie — co implikuje, że pytający mieli powody, by sądzić, iż przypisuje sobie tytuł, którego nie posiada. Autor oświadczenia nieumyślnie potwierdza, że problem interpretacyjny istniał i był mu znany. Po drugie, „absolutorium” to wyłącznie zaliczenie zajęć dydaktycznych. Nie jest tytułem ani żadnym certyfikatem zawodowym. Eksponowanie absolutorium w kontekście publicznym, bez zastrzeżenia o braku dyplomu, jest klasycznym chwytem półprawdy. Półprawda zaś, w kontekście oświadczeń osób publicznych, funkcjonuje w orzecznictwie sądów jako forma wprowadzenia w błąd.
„Gdy tylko powziąłem wątpliwości” – kto i kiedy wiedział
Fraza „gdy tylko powziąłem wątpliwości” jest istotna i jednocześnie nieprecyzyjna w sposób, który powinien zainteresować każdy organ kontrolny. Rezygnacja nastąpiła 31 marca 2025 roku. Oświadczenie o zawieszeniu w KO – 18 czerwca 2026 roku. Między tymi datami jest ponad rok.
Pytania, które Paweł Malinowski starannie omija: kiedy dokładnie powziął wątpliwości? Jak długo trwał okres między ich pojawieniem się a rezygnacją i czy w tym czasie rada nadzorcza, w której zasiadał, podejmowała jakiekolwiek uchwały mające skutki prawne lub finansowe dla spółki? Jeśli tak, te uchwały mogą być wadliwe – co jest problemem nie Malinowskiego, lecz całej spółki i gminy jako właściciela.
Retoryka odpowiedzialności bez przyznania faktu
Oświadczenie jest mistrzowsko skonstruowane w warstwie emocjonalnej — pełne przeprosin, deklaracji transparentności i odwołań do „najwyższych standardów”. Jednak z prawniczego punktu widzenia Paweł Malinowski w żadnym miejscu nie przyznaje konkretnego naruszenia. Używa konsekwentnie formy warunkowej i pasywnej: „doszło do sytuacji”, „powziąłem wątpliwości”, „nie działałem z zamiarem naruszenia prawa”.
To język skonstruowany przez kogoś (lub pod okiem kogoś), kto rozumie, że każde konkretne przyznanie faktu może zostać wykorzystane procesowo. Dokument jest oświadczeniem wizerunkowym, a nie wyznaniem – i właśnie przez to ujawnia więcej, niż zamierzał.
Oświadczenie Malinowskiego, czytane między wierszami, potwierdza jednocześnie trzy rzeczy, których autor nie chciał potwierdzać: że procedura powołania była rażąco nieprawidłowa po stronie burmistrza Krystiana Kowalewskiego; że Paweł Malinowski albo wiedział o swej niekwalifikowalności i ją ukrywał, albo jej nie znał — co samo w sobie dyskwalifikuje go jako urzędnika samorządowego oraz że sprawa MBA to historia świadomego balansowania na granicy półprawdy. Każde z tych ustaleń, osobno lub łącznie, stanowi poważny problem dla dalszej kariery publicznej – niezależnie od wyniku toczących się postępowań.
Gdzie honor, tam dymisja. Świat, którego w Dobrej nie znają?
W dojrzałych demokracjach zachodnich istnieje niepisana, lecz żelazna zasada: osoba pełniąca funkcję publiczną, wobec której pojawiają się poważne wątpliwości co do uczciwości lub kwalifikacji, podaje się do dymisji zanim ktokolwiek ją do tego zmusi. Nie czeka na wyniki postępowań. Nie zawiesza się w partii. Odchodzi. I to jest właśnie ów standard, którego oczekiwało wielu mieszkańców Gminy Dobra. Tymczasem Paweł Malinowski wielokrotnie odwołuje się w swoim oświadczeniu standardów, ale… ich nie spełnia?
I żeby nie być gołosłownym – przykłady można mnożyć.
Niemcy, 2011. Karl-Theodor zu Guttenberg, minister obrony, jedna z najbardziej popularnych postaci w historii powojennej Republiki Federalnej, gwiazda sondaży, typowany na kanclerza — zrezygnował ze wszystkich funkcji publicznych 1 marca 2011 roku. Powodem: plagiat w doktoracie. Gdy Uniwersytet w Bayreuth odebrał mu tytuł doktora, a fala krytyki środowisk akademickich i prawniczych nie opadała, Guttenberg ogłosił rezygnację ze stanowiska ministra obrony, mandatu w Bundestagu oraz wszystkich innych pełnionych funkcji publicznych. Nie tłumaczył się „brakiem zamiaru naruszenia prawa”. Nie deklarował „pełnej współpracy z organami”. Odszedł. Warto dodać, że późniejsza komisja śledcza ustaliła, iż plagiat był zamierzony i że Guttenberg celowo modyfikował przejęte fragmenty, by ukryć ich pochodzenie — ale odszedł jeszcze zanim to udowodniono, bo sam fakt wątpliwości był wystarczający.
Wielka Brytania, 2004. David Blunkett, minister spraw wewnętrznych w rządzie Tony’ego Blaira — jeden z najpotężniejszych i najbardziej wpływowych członków gabinetu — zrezygnował ze stanowiska w grudniu 2004 roku. W swoim oświadczeniu o rezygnacji powiedział wprost: „Jakakolwiek percepcja, że wniosek wizowy był przyspieszony, wymaga ode mnie wzięcia odpowiedzialności. Dlatego z ogromnym żalem złożyłem dziś dymisję”. Kluczowe słowa to „jakakolwiek percepcja” — Blunkett rezygnował nie dlatego, że udowodniono mu winę, lecz dlatego, że samo pojawienie się wątpliwości podważało jego zdolność do sprawowania urzędu. Co znamienne: późniejsze dochodzenie wykazało, że Blunkett nie naruszył kodeksu ministerialnego — ale już po tym, jak złożył rezygnację.
Japonia, 2023. W grudniu 2023 roku czterech ministrów gabinetu premiera Fumio Kishidy złożyło dymisję w związku ze skandalem dotyczącym nielegalnych funduszy politycznych w Partii Liberalno-Demokratycznej. Szef kancelarii gabinetu Hirokazu Matsuno potwierdził swoją rezygnację, a wraz z nim odeszli minister gospodarki Yasutoshi Nishimura, minister spraw wewnętrznych Junji Suzuki i minister rolnictwa Ichiro Miyashita. Żaden z nich nie czekał na wyrok sądu. Żaden nie ogłaszał, że „zawiesza się w partii do czasu wyjaśnienia okoliczności”. Odchodzili, bo tak nakazuje kultura odpowiedzialności publicznej — ta sama, do której Japonia odwołuje się od dekad. W latach 70. premier Kakuei Tanaka podał się do dymisji po aferze Lockheed, pod koniec lat 80. Noboru Takeshita ustąpił podczas skandalu Recruit — skandale od dziesięcioleci obalały japońskich premierów, bo opinia publiczna oczekiwała i egzekwowała ich odpowiedzialność.
Gmina Dobra, 2026. Na tle powyższych historii oświadczenie Pawła Malinowskiego wygląda jak dokument z innej epoki i innej kultury politycznej. Owszem – zwrócił diety, a przynajmniej wierzymy, że tak się stało. Owszem – zawiesił się w Koalicji Obywatelskiej. To gesty, które w innych okolicznościach można by ocenić pozytywnie, ale brakuje rzeczywistych konsekwencji. Guttenberg odszedł, zanim komisja udowodniła mu winę. Blunkett odszedł, zanim dochodzenie potwierdziło jego winę — i ostatecznie okazało się, że był niewinny. Paweł Malinowski zawiesił się w partii czternaście miesięcy po tym, jak złożył rezygnację z rady nadzorczej i to dopiero wtedy, gdy sprawa została pokazana przez media.
Różnica nie leży w prawie. Leży w tym, czego prawo nie reguluje: w rozumieniu, że funkcja publiczna to przywilej, który odbiera się samemu sobie w chwili, gdy pojawia się cień wątpliwości. Nie wtedy, gdy wątpliwość zostaje udowodniona. Nie wtedy, gdy media zaczną pytać. W chwili, gdy się pojawia.
Tego kroku Paweł Malinowski nie zrobił. I żadne oświadczenie tego nie zmieni.
Teraz czas na Magdalenę Zagrodzką – wójt Gminy Dobra, jako pracodawca Pawła Malinowskiego, ma narzędzia, by zakończyć ten spektakl.