Wkrótce minie miesiąc od pojawienia się na kulinarnej mapie Szczecina kultowej niemieckiej sieci fast foodów. Marka, która zdobyła rozpoznawalność w Berlinie, tym razem nie wybrała ani Warszawy, ani żadnego z najczęściej odwiedzanych turystycznie miast w Polsce. Zdecydowała się na najbliższego sąsiada – Szczecin. Już od początku było jasne, że emocji wokół otwarcia nie zabraknie. Na długo przed oficjalnym potwierdzeniem powstania lokalu wśród mieszkańców krążyły skrajne opinie: od zachwytu po rozczarowanie, a oczekiwania rosły z każdym dniem. W tym wszystkim pojawiłyśmy się my – by sprawdzić, gdzie leży prawda. Co faktycznie działa, co nie i czy jest to miejsce, którego szczecinianie naprawdę potrzebują?
Pierwsze wrażenie: wygląd lokalu
Na start – wnętrze. Czysto, schludnie, wręcz sterylnie. Momentami trudno było uwierzyć, że to tylko fast food. Kafelki błyszczące, podłoga bez zarzutu, a toalety w stanie, którego mogłoby pozazdrościć wiele restauracji z wyższej półki. Pracownicy stale dbają o porządek i komfort gości, szybko reagując na potrzeby klientów. W kilku miejscach rozmieszczono dozowniki z sosami i serwetkami, a zamówienia można składać zarówno przy kasie, jak i w kioskach samoobsługowych. Już po przekroczeniu progu czuć dbałość o wygodę gościa – to zdecydowany plus.
Jedzenie – tu zaczynają się schody
W kwestii jedzenia opinie mieszkańców już krążyły, a negatywne głosy pojawiały się częściej niż te entuzjastyczne. My plasujemy się gdzieś pośrodku. Burgery nie zachwyciły – były bardzo tłuste, przez co trudno było je zjeść do końca. Oczywiście, fast food rządzi się swoimi prawami: ma być tłusto, konkretnie i szybko. Jednak w wielu przypadkach ratunkiem są świeże warzywa czy wyraźne dodatki. Tego tutaj nam zabrakło.
Pomimo zamówienia cheeseburgera, w którym warzywa były obecne, dominował maślany smak mięsa, przyćmiewający całość. Jeśli chodzi o frytki – reklamowane z dumą jako domowe – były poprawne, ale ostatecznie okazały się suche. Ratowały je jedynie sosy. Zabrakło nam balansu między „pływającym” mięsem a pozostałymi składnikami oraz głębszego, bardziej zróżnicowanego smaku.
Cena – powyżej średniej i… powyżej oczekiwań
Cenowo Burgermeister plasuje się wśród droższych fast foodów. Zestawów brak – burgera, frytki i napój trzeba zamawiać osobno, co finalnie kosztowało nas tyle, co pełnowartościowy obiad w wielu restauracjach. A w Szczecinie nie brakuje miejsc, które za podobną cenę oferują większe porcje, świeższe składniki i po prostu smaczniejsze jedzenie, do którego chce się wracać. Przy takim porównaniu Burgermeister nie broni się w pełni.
W naszym przypadku przygoda zakończyła się szybko, smutno i – niestety – jednorazowo. Lokal nie zapadł nam w pamięć na tyle, byśmy chciały dać mu drugą szansę. Wielkie oczekiwania, napędzone ogromnym medialnym szumem, zderzyły się z rzeczywistością, która z czasem tylko uwidacznia swoje słabości.
Czy warto spróbować?
Choć raz? Tak – żeby wyrobić sobie własne zdanie. Czy warto wrócić? Według nas – raczej nie.
Czy marka broni swojego hype’u? Nie do końca. Szum wokół niej okazał się zdecydowanie większy niż to, co finalnie dostałyśmy na talerzu.
Podsumowując: to słaby debiut Burgermeistera na polskim rynku. Lokal jest świetnie zaprojektowany, obsługa bez zarzutu – ale czy to wystarczy? W naszym odczuciu nie na tyle, by uznać go za rewolucję na gastronomicznej mapie Szczecina.
Nasza ocena: 2 Szczecinery

Recenzja przygotowana przez: @TASTED.szczecin dla Szczeciner.pl












