Jest taki moment w grudniu, kiedy nagle wszyscy stają się ekspertami od tradycji. Rozmowy przy kawie, posty w mediach społecznościowych, rodzinne dyskusje zaczynają krążyć wokół jednego pytania: co będzie na Wigilię? I coraz częściej odpowiedź brzmi zupełnie inaczej niż jeszcze trzy dekady temu.
Bo czy my w ogóle potrafimy jeszcze tradycyjnie gotować święta?
Karp, niegdyś niekwestionowany bohater wigilijnego stołu, dziś bywa gościem niechcianym. Dla jednych zbyt ościsty, dla innych zbyt „kontrowersyjny”, dla jeszcze innych po prostu niemodny. Zamiast niego pojawia się sushi, łosoś w wersji „fit”, owoce morza albo dania, które z polską Wigilią mają tyle wspólnego, co choinka z palmą. Barszcz bywa zamieniany na ramen, pierogi na ravioli, a makowiec ustępuje miejsca sernikom z matchą. Tradycja przegrywa z wygodą, modą i Instagramem.
Nie chodzi nawet o to, że nie chcemy. Często po prostu nie umiemy. Nie pamiętamy proporcji do ciasta na pierogi, nie wiemy, jak długo gotować kapustę z grzybami, a przepis na kutię brzmi jak zaklęcie z innej epoki. Babcie, które „robiły wszystko na oko”, odchodzą wraz z bezcenną wiedzą, której nie da się do końca odtworzyć z YouTube’a. A my? My coraz częściej mówimy: zamówmy.
I zamawiamy. Z restauracji, z firm cateringowych, z poleceń znajomych. Wigilijne menu przyjeżdża zapakowane w biodegradowalne pudełka, gotowe do podgrzania. Barszcz już bez sklejonych palców od buraków, pierogi bez wałkowania, ryba bez zapachu smażenia, który wżera się w firanki. Jest szybciej, czyściej, „bez stresu”. Tylko czy to jeszcze Wigilia, czy już po prostu kolacja tematyczna?
Coraz częściej Polacy idą o krok dalej i w ogóle rezygnują z domowej Wigilii. Święta spędzamy w hotelach, pensjonatach, ośrodkach SPA. Pakiety „Boże Narodzenie all inclusive” sprzedają się świetnie. Ktoś inny gotuje, ktoś inny sprząta, ktoś inny martwi się, czy karp się nie rozpadnie. My odpoczywamy. Basen zamiast zmywania, masaż zamiast lepienia uszek, kolędy w tle zamiast kłótni o to, czy barszcz jest wystarczająco czerwony.
Brzmi kusząco. I trudno się dziwić. Żyjemy szybko, pracujemy dużo, jesteśmy zmęczeni. Święta miały być czasem wytchnienia, a przez lata stały się projektem logistycznym na miarę małego wesela. Może więc to naturalne, że próbujemy odzyskać je dla siebie – nawet kosztem tradycji.
Tylko że wraz z karpiem i makowcem znikają też rytuały. Wspólne gotowanie, podkradanie farszu z miski, rozmowy przy stole, który ugina się nie tylko od potraw, ale i od historii. Zamawiając gotowe dania albo wyjeżdżając, rezygnujemy z chaosu, ale też z pewnej intymności, której nie da się zapakować na wynos.
Nie chodzi o to, by potępiać sushi na Wigilii czy hotelowe święta. Czasy się zmieniają i tradycje też mają prawo ewoluować. Warto jednak zadać sobie pytanie: czy rezygnujemy z tradycyjnego gotowania, bo naprawdę tego chcemy, czy dlatego, że jest nam po prostu wygodniej? I czy za kilka lat będziemy jeszcze wiedzieli, jak smakuje Wigilia „jak u babci”, czy już tylko „jak z menu”?
Może prawdziwym wyzwaniem nie jest powrót do karpia, ale znalezienie równowagi. Między wygodą a pamięcią, między nowoczesnością a zapachem barszczu, który – choć bywa kłopotliwy – ma w sobie coś, czego nie da się zamówić: poczucie, że to naprawdę są święta.