Czy obraz może pachnieć kwiatami, pulsować jak żywy organizm i prowadzić widza w głąb własnej podświadomości? W rozmowie o sztuce pełnej symboli, natury i ukrytych znaczeń Agnieszka Gewartowska opowiada, jak introspekcja zamienia się w dialog z odbiorcą, dlaczego litografia jest dla niej medytacją w ruchu i co po 25 latach twórczości wciąż ją zaskakuje.
Malwina Jankowska: Twoje prace balansują między zmysłowością a symboliką – czy traktujesz malarstwo jako narzędzie introspekcji, czy raczej jako formę komunikacji z widzem na poziomie podświadomym?
Agnieszka Gewartowska: Myślę, że te dwa procesy są ze sobą nierozerwalnie połączone. Malarstwo zaczyna się dla mnie od introspekcji, to moment ciszy, kontemplacji, w którym zaglądam w głąb siebie, by nazwać nienazwane. Tu może posłużę się fragmentem tekstu, który napisałam już jakiś czas temu, a który być może właściwie obrazuje to, co chce nakreślić w swoich pracach:
… nagle wszystkie rozsypane światy zbierają się na tym płynącym czworoboku. Czubkami palców wyczuwam pulsowanie ich krwiobiegu, wdycham ciepły, lekko mętny zapach czasu na krawędziach poruszonych kartek… pracownia staje się miejscem, gdzie kamień rodzi się na kamieniu, na zboczu góry w barwach żółci i koloru ochry. Od wschodniej strony dochodzi szczekanie psa i nadpływa obłok o postrzępionych brzegach. Nie wrócę do domu. Zostanę tu, aż wysuszy mnie wiatr, a ciało obwącha bezpański pies…. Co jednak, jeśli to tylko fałszywa obecność rozprzestrzeniającego się ciała w pawie piórka i kryształy…? Wszystko przecieka tylko przez palce i znika. Znika, jak gdyby nie istniało, bo wielowątkowość i różnorodność płynąca z natury życia i ewoluującego świata powoduje coś na kształt wewnętrznego rozszczepienia i niepokoju; pomiędzy tym, co w każdym z nas drzemie w środku – w duszy – czyli naturalnym, ograniczonym obrazem świata, a współczesnością wypełniającą nas, naznaczonym techniką światem…
Hm…, no tak, ale wróćmy do drugiej części Twojego pytania, bo wiesz w chwili, kiedy kładę pierwszą plamę koloru na desce, kartce czy matrycy proces ten zmienia się w próbę nawiązania dialogu. Chcę, aby mojа osobista podróż stała się dla widza bezpieczną przestrzenią do jego własnych poszukiwań, dlatego zmysłowość jest tu swego rodzaju „haczykiem” – przyciąga oko, otwiera wrażliwość, przenosi w inny wymiar by przez podświadomość dotrzeć do ukrytej w obrazie symboliki. Właściwie to zaproszenie do wspólnego odczuwania piękna poprzez formy, kształty i naturę.
Motyw ogrodu często bywa metaforą psychiki. Czy Twój „surrealistyczny ogród” to przestrzeń autobiograficzna, czy raczej uniwersalny krajobraz ludzkich emocji?
Mój surrealistyczny ogród to miejsce, gdzie te dwie sfery się przenikają. Oczywiście, wyrasta on z moich osobistych przeżyć, doświadczeń, zachwytów i lęków. To taka moja prywatna próba zbudowania mitycznego surrealistycznego ogrodu, w którym, w zasadzie wszystko jest możliwe (śmiech)! Wierzę, że emocje, nawet te najbardziej intymne, mają charakter uniwersalny. Każdy z nas ma w sobie taki wewnętrzny ogród – czasem bujny i kwitnący, przepełniony dziką obfitością innym razem mroczny czy wręcz
nihilistyczny. Tworząc tę surrealistyczną przestrzeń, buduję kompozycje oparte na zasadach horror vacui (z łaс. „lęk przed pustką”) w sztuce cechujące się on zazwyczaj nagromadzeniem detali do tego stopnia, że nie pozostawiają one żadnego pustego miejsca, co w moich pracach ma na celu odrealnienie przestrzeni, kompozycji, które tworzę.
W Twojej twórczości natura nie jest tłem, lecz językiem. Jak wygląda proces „tłumaczenia” emocji na formy organiczne i symbole roślinne lub zwierzęce?
Natura dla mnie jest najdoskonalszym słownikiem, jakim dysponujemy. Kiedy czuję niepokój, nie maluję „strachu”, lecz szukam formy, która go odda, może to być drapieżna linia ciernia, wijące się powoje w skomplikowanych układach lub splątany korzeń. Radość czy zmysłowość na przykład, znajdują swoje odbicie w miękkościach kwiatostanów, pojedynczych płatkach pąków i bujnie kwitnących dojrzałych formach flory. To proces niemal alchemiczny: biorę konkretną emocję i szukam dla niej organicznego odpowiednika. Symbole roślinne i zwierzęce pozwalają mi mówić o rzeczach trudnych lub bardzo delikatnych w sposób subtelny, a zarazem niezwykle sugestywny. Stąd tak dużo ptaków w moich obrazach, które nie tylko są ogólnie symbolem wolności, ale i też ich poszczególnym gatunkom są przypisywane konkretne atrybuty. Sowa to na przykład symbol rozwagi i wiedzy, papuga komunikacji, mądrości i naśladownictwa, a orzeł siły, suwerenności i wolności.
Wiesz, od 2017 roku, kiedy to świadomie zostawiłam tradycyjne płótno za sobą na rzecz pracy na desce, na odwrocie każdego mojego obrazu umieszczam to samo przesłanie: Natura jest częścią nas, a my częścią natury, dbajmy o nią i szanujmy ją. To hasto jest dla mnie fundamentem uświadamiania nam wszystkim, jak wielką wspólnotę tworzymy ze światem flory i fauny. Chcę moimi pracami przypomnieć, że wbrew temu, co wieścił Lineusz w swojej klasyfikacji przyrody, człowiek wcale nie stoi na szczycie piramidy stworzenia. My po prostu jesteśmy częścią tej piramidy. W „Sensualnych odkryciach wyobraźni” staram się pokazać ten wewnętrzny krajobraz, w którym nasze emocje i biologia roślin czy zwierząt przenikają się, tworząc jeden, pulsujący organizm. To nie tylko malarstwo, to manifest szacunku do życia w każdej jego formie.
Litografia uchodzi za jedną z najbardziej wymagających technik. Co daje Ci fizyczny kontakt z kamieniem jako matrycą – czy zmienia on sposób myślenia o obrazie w porównaniu z malarstwem?
Tak, to prawda, to technika wymagająca dyscypliny i precyzyjnego planowania. Dla mnie to również szkoła pokory i cierpliwości oraz – muszę to zdecydowanie podkreślić – to jedna z najbardziej sensualnych technik grafiki artystycznej. Kontakt z kamieniem jest niezwykle fizyczny, wręcz zmysłowy – czuć jego ciężar, chłód, strukturę i fakturę. Ponadto wymaga ona ogromnego zaangażowania w proces szlifowania, co pozwala artyście bez mała wyczyścić umysł z myśli. Proces ten ma wręcz charakter mantryczny, zwielokrotniona powtarzalność tych samych gestów nadaje rytm, a szlifowanie kamienia odbywa się ręcznie, więc to wszystko staje się niczym medytacja w ruchu.
W przeciwieństwie do malarstwa, gdzie proces jest znacznie szybszy i dynamiczny, litografia wymaga ode mnie precyzyjnego planowania i dyscypliny. Kamień narzuca zdecydowanie pewien rygor, ale w zamian oferuje niepowtarzalną aksamitność kreski, głębię struktur oraz całą rozpiętość waloru. Ta technika nauczyła mnie myślenia warstwami – nie tylko w sensie technicznym, ale i koncepcyjnym. Praca na matrycy to proces wydobywania obrazu z opornej materii, co daje zupełnie inną satysfakcję niż malowanie na desce.
Twoje prace są intensywne kolorystycznie, ale jednocześnie niosą warstwę refleksyjną. Jak rozpoznajesz moment, w którym obraz osiąga równowagę między estetyczną atrakcyjnością a znaczeniem?
W moim procesie twórczym panuje ściśle określona hierarchia, a fundamentem wszystkiego jest rysunek i kompozycja. To one stanowią szkielet, na którym opieram całą opowieść. Najpierw szukam odpowiedniej formy, która krystalizuje się w konkretne symbole, to w nich zakodowana jest treść i emocjonalny przekaz pracy. Dopiero gdy ta symboliczna struktura jest gotowa, wchodzi warstwa estetyczna, którą często jak już wspomniałam buduję w konwencji horror vacui. Wypełnianie przestrzeni detalami nie jest dla mnie tylko zabiegiem dekoracyjnym, to przede wszystkim sposób na budowanie napięcia i wielowarstwowości, która jak
wiesz, jest zasługą litografii, (śmiech)! Estetyka i intensywny kolor nie są więc celem samym w sobie, lecz narzędziem, które domyka kompozycję i sprawia, że znaczenie staje się dla widza niemal dotykalne…. Mam bynajmniej taka nadzieję, (śmiech), że oglądający czuje bezmała zapach kwiatów i na przykład szum liści czy płatków, które maluje. Moment równowagi osiągam wtedy, gdy ta gęstość form i barw zaczyna wibrować wspólnie z pierwotnym rysunkiem, tworząc spójną, nasyconą emocjami całość.
Widzowie często odnajdują w Twoich dziełach własne historie. Czy zdarzyła się interpretacja odbiorcy, która całkowicie zmieniła Twoje rozumienie własnej praсу?
Tak, i często są to spotkania, które dotykają sfery metafizyki. Pamiętam sytuację, gdy jeden z widzów, stojąc przed moim obrazem przedstawiającym iluzoryczne morze, bez wahania nazwał go „dziełem metafizycznym”. Na desce widnieją dwa kwiaty, które zdają się wyrastać z siebie nawzajem w przeciwległych kierunkach. Dla mnie była to opowieść o relacji, ale interpretacja widza uświadomiła mi głębszy sens tego przedstawienia: to obraz jedności w wielości. Te kwiaty są jednym organizmem, choć dążą w różne strony, są tym samym, a jednocześnie czymś zupełnie innym. Ta rozmowa utwierdziła mnie w przekonaniu, że moja twórczość nie jest tylko zapisem emocji, ale poszukiwaniem odpowiedzi na pytania o naturę bytu i o to, co niewidzialne, a co scala
nasz świat w jedną, choć skomplikowaną całość. Takie momenty sprawiają, że patrzę na własne pędzle jak na narzędzia do odkrywania sensów, które czasem wyprzedzają moją własną świadomość.
Po 25 latach twórczości — co dziś jest dla Ciebie większym wyzwaniem: odkrywanie nowych form wyrazu czy zachowanie autentyczności wobec własnego języka artystycznego?
To bardzo trudne pytanie, ponieważ proces twórczy znacznie łatwiej jest dostrzec i opisać z zewnątrz, z perspektywy dystansu, którego ja, będąc w samym centrum tego świata, naturalnie nie posiadam. Mogę jednak z całą pewnością powiedzieć, że tym, co nieustająco mnie napędza, jest poszukiwanie, odkrywanie i badanie nowych obszarów sztuki. Szczególnie fascynuje mnie transgresja medium, czyli to, co dzieje się na styku różnych dziedzin. W moim przypadku jest to dialog między matrycą graficzną a podobraziem malarskim. Co istotne, w moich pracach malarskich tym podobraziem jest deska, co stanowi bezpośrednie nawiązanie do dawnych technik, m.in. do pisania ikon. Naturalną i wręcz magiczną konsekwencją tej drogi stało się dla mnie
mokulito. To technika odkryta w Japonii, która w dosłownym tłumaczeniu oznacza „litografię na drewnie”. Kiedy na nią trafiłam, poczułam, że to dla mnie rozwiązanie idealne (śmiech)! Tutaj deska staje się matrycą, a grafika spotyka się z malarską strukturą słojów drewna. To moje wyzwanie po 25 latach: nieustanne znajdowanie takich punktów styku, w których tradycyjne dziedziny sztuki i nowoczesna ekspresja stają się jednością.












