Sala gimnastyczna szkoły w Dołujach nie pomieściła wszystkich, którzy chcieli w niej być. Przyszło ponad trzysta osób – rolników, rodziców, radnych, sąsiadów, którzy jeszcze tydzień wcześniej dowiadywali się o sprawie z Facebooka. Listę obecności podpisało ponad dwieście pięćdziesiąt osób, ale i tak zabrakło miejsc i czasu, żeby zrobił to każdy. Powód tego tłumu był jeden: wniosek inwestora o zgodę na budowę żwirowni w Kościnie.
Spotkanie – jak twierdzi Magdalena Zagrodzka, wójt Dobrej – miało wyglądać inaczej. Wójt gminy planowała najpierw spokojną rozmowę z komisją budownictwa, a dopiero potem szersze konsultacje z mieszkańcami. Plany pokrzyżowała fala komentarzy w internecie, która – jak przyznała sama wójt – wybuchła, zanim urząd zdążył cokolwiek wyjaśnić.
– Ale że stało się, jak się stało, wyszło od razu wielka awantura z tego związku, postanowiliśmy jak najszybciej z państwem się spotkać – tłumaczyła zebranym, otwierając spotkanie w atmosferze, która od pierwszych minut była naelektryzowana.
Wniosek, którego formalnie nie ma jak rozpatrzyć
Zanim ktokolwiek zdążył zadać pierwsze pytanie, głos zabrała obsługa prawna gminy. Nie było w nim dyplomatycznych niedopowiedzeń.
– Żeby nie owijać w bawełnę – obecnie nie ma podstaw do wydania tej decyzji o warunkach zabudowy, która zezwalałaby na realizację tej inwestycji – powiedział mecenas reprezentujący urząd, wywołując pierwsze poruszenie na sali.
Powód jest prozaiczny, choć decydujący. Do wniosku o warunki zabudowy inwestor nie dołączył decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach – dokumentu, bez którego, jak podkreślono, urząd nie może w ogóle procedować sprawy dalej. Gmina wezwała inwestora do uzupełnienia braków, dając mu na to siedem dni. Kierownik Wydziału Ochrony Środowiska nie zostawiła złudzeń: żaden wniosek o taką decyzję nie wpłynął, a jedynym dokumentem, jaki urząd otrzymał, jest decyzja marszałka określająca wielkość i lokalizację złoża – dokument zupełnie innego rodzaju, niebędący ani koncesją, ani zgodą środowiskową.
Ale nawet gdyby ten pierwszy problem zniknął, na drodze inwestycji stoi drugi, poważniejszy. Gmina prowadzi właśnie prace nad miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, a teren, na którym miałaby powstać żwirownia, ma w tym planie pozostać rolny i leśny.
– Plan miejscowy już teraz przewiduje na tym terenie nieruchomości przeznaczenie rolne. Absolutnie nie ma podstaw do tego, żeby powstała tam inwestycja w postaci żwirowni – powtórzył prawnik, tłumacząc, że jeśli plan zostanie uchwalony w trakcie postępowania, wójt ma prawo zawiesić sprawę do czasu jego wejścia w życie. A wtedy odmowa stanie się formalnością.
Padło też pytanie, czy sami radni mogliby zmienić przeznaczenie tych gruntów. Odpowiedź była krótka: inicjatywa w sprawie zmiany planu należy wyłącznie do wójta. Bez jego wniosku rada nie ma czego głosować.

Inwestor: „i tak przyjadą te ciężarówki”
Do mikrofonu podszedł w końcu przedstawiciel inwestora – firmy działającej od dwudziestu lat, zarejestrowanej, jak podkreślał, w gminie po to, by płacić tu podatki. Zaczął od uprzejmości, ale szybko przeszedł do sedna, którego mieszkańcy słuchali z narastającym napięciem.
– Dla nas najważniejsze z punktu widzenia inwestora to pieniądze – powiedział wprost, zanim dodał, że nikt takiej inwestycji nie prowadzi charytatywnie.
Główny argument spółki brzmiał: nawet jeśli żwirownia w Kościnie nie powstanie, kruszywo potrzebne do budowy obwodnicy Szczecina i tak zostanie skądś dowiezione, czy to ze Śląska, czy z Niemiec.
– Jeżeli my tej inwestycji u państwa nie zrobimy, przez gminę przejedzie 240 000 ciężarówek – bo ten piasek i tak zostanie sprzedany, ktoś inny go dostarczy – przekonywał, wywołując na sali pomruk niedowierzania i gniewu.
Argumentacja szła dalej: złoże leży około dwustu metrów od trasy planowanej inwestycji, więc transport miałby odbywać się drogami serwisowymi, z pominięciem dróg publicznych i wsi. Wydobycie miało być prowadzone „na sucho”, ponad zwierciadłem wód gruntowych, z monitoringiem piezometrycznym. Inwestor mówił też o rekompensatach dla gminy – padały kwoty rzędu kilku milionów złotych z opłaty eksploatacyjnej, z możliwością dofinansowania lokalnych inwestycji z fundacji firmy.
Nic z tego nie uspokoiło mieszkańców.

Woda, pył i ciężarówki bez końca
Głosy mieszkańców, jeden po drugim, układały się w spójny obraz lęku – nie abstrakcyjnego, tylko bardzo konkretnego, opartego na znajomości własnej ziemi. Najczęściej wracał temat wody.
Mieszkańcy tłumaczyli, że nie korzystają z głębinowych ujęć komunalnych, tylko z płytkich studni na głębokości dwóch, trzech, czterech metrów, którymi podlewają ogrody. Wykop o głębokości nawet dwudziestu kilku metrów, mówili, zaburzy naturalny spływ wód powierzchniowych w kierunku wsi i odetnie ją od tego, co dziś spływa z okolicznych wzniesień.
– Bez wody nie przeżyjemy – powiedziała jedna z mieszkanek, a te trzy słowa powtarzały się w rozmowach przez całe spotkanie niemal jak refren.
Obok wody wracał temat transportu – wizja ciężarówek kursujących na dwie zmiany, sześć dni w tygodniu, od szóstej rano do północy, generujących hałas i spaliny, oraz pyłu unoszącego się nad polami i domami, groźnego dla dzieci z alergiami i astmą, dla koni i innych zwierząt hodowlanych. Ktoś przypomniał o istniejących już w gminie nielegalnych wyrobiskach jako dowodzie na to, jak w praktyce wygląda brak kontroli nad tego typu działalnością. Padały też pytania o ewentualne stanowiska archeologiczne i obiekty zabytkowe w pobliżu planowanego wykopu.
– Będziemy walczyć do upadłego – zapowiadali zebrani.
Część mieszkańców zapowiedziała, że nie zamierza czekać biernie na rozwój wypadków – zawiązywane jest stowarzyszenie, Obywatelski Komitet przeciw żwirowni, którego celem ma być formalne przystąpienie do postępowania jako strona. Argument był prosty: skoro inwestycja wpływa na stosunki wodne w całej okolicy, krąg zainteresowanych nie może ograniczać się do najbliższych sąsiadów działki.
Wójt: urzędniczka i mieszkanka w jednej osobie
W pewnym momencie ktoś z sali zadał pytanie, które wisiało w powietrzu od początku spotkania: czy wójt jest za tą inwestycją, czy przeciw niej. Odpowiedź, choć ostrożna w formie, nie pozostawiała wątpliwości co do treści.
– Nieoficjalnie ja też jestem na nie żwirowni – ja też jestem mieszkanką Kościna – powiedziała Magdalena Zagrodzka, zastrzegając jednocześnie, że jako organ prowadzący postępowanie jest zobowiązana procedować wniosek zgodnie z prawem, niezależnie od własnych sympatii.
Przewodnicząca rady gminy i obecni na sali radni potwierdzali ten sam kierunek – prace nad nowym planem miejscowym mają utrzymać rolniczy i leśny charakter tych terenów, a nie otwierać drogę do wydobycia. Zapowiedziano też, że radni zostaną włączeni w dalsze prace nad projektem planu.
Prawnik gminy dodał jeszcze jedno zastrzeżenie, ważne dla zrozumienia, co może wydarzyć się dalej: nawet decyzja odmowna nie kończy sprawy raz na zawsze. Inwestorowi przysługuje prawo odwołania do Samorządowego Kolegium Odwoławczego w Szczecinie, a później – skargi do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Z uwagi na duży zasięg oddziaływania inwestycji na stosunki wodne, w postępowaniu może wziąć udział szerokie grono stron, nie tylko bezpośredni sąsiedzi działki.

Czy żwirownia powstanie?
Odpowiedź, jaką można wyprowadzić z tego, co padło na sali w Dołujach, jest precyzyjna i – przynajmniej na dziś – jednoznaczna: nie, w obecnym kształcie wniosku żwirownia nie ma podstaw prawnych, by powstać.
Stoją za tym dwie niezależne od siebie przeszkody, z których każda z osobna wystarcza, by wniosek odrzucić. Pierwsza to brak decyzji środowiskowej – obligatoryjnego załącznika, którego inwestor nie przedstawił, a którego uzupełnienie w wyznaczonym siedmiodniowym terminie jest, zdaniem urzędu, mało prawdopodobne, zwłaszcza że samo wydanie takiej decyzji trwa zwykle co najmniej kilka miesięcy. Druga, poważniejsza i trudniejsza do obejścia, to kierunek nowego planu miejscowego, który ma zachować rolniczy i leśny charakter tych gruntów – przeznaczenie z definicji wykluczające działalność wydobywczą.
To jednak nie oznacza, że sprawa jest zamknięta. Inwestor zapowiedział złożenie brakującej decyzji środowiskowej w ciągu tygodnia i możliwość ponownego złożenia wniosku. Nawet wtedy jednak, jak podkreślała obsługa prawna gminy, druga przeszkoda – przeznaczenie terenu w planie – pozostanie w mocy. Gmina zapowiedziała też gotowość do obrony swojego stanowiska na drodze odwoławczej i sądowo-administracyjnej, gdyby inwestor zdecydował się zaskarżyć ewentualną odmowę.
I choć przedstawiciele inwestora nie powiedzieli tego głośno, miedzy sobą szeptali, że jak trzeba będzie, to pójdą do sądu.
My zapytaliśmy Magdalenę Zagrodzką, czy władze gminy są gotowe na spór sądowy z inwestorem. Padła odpowiedź, że tak.
